poniedziałek, 26 listopada 2012

Gerovital Plant, mleczo witaminizujące do demakijażu - recenzja.

Mleczek do demakijażu nie używałam już wieki, dlatego gdy podjęłam współpracę z Gerovital Plant to od razu wzięłam się za testowanie otrzymanego produktu do demakijażu. Chcecie poznać moją opinię na jego temat? Zapraszam dalej :)


Mleczko przeznaczone jest dla osób z przedziałem wiekowym 20-45. Ja co prawda lat mam 19, ale myślę, że ten rok nie zaważy jakoś bardzo na działaniu produktu :) Opakowanie jest moim zdaniem zgrabne i poręczne, ma fajną szatę graficzną i ciekawy korek typu "kulka". Mieści ono w sobie 150 ml produktu, który ważny jest 6 miesięcy od czasu otwarcia.


Otworek ma idealną wielość i wydobywa odpowiednią ilość mleczka. Samo mleczko ma konsystencję typową dla tego typu produktów do demakijażu. Zapach świeży, dość specyficzny i dla mnie o drobinę drażniący w oczy (do tej pory miałam taką sytuację z kilkoma produktami m.in. z tymi, które posiadają w swoim składzie aloes).


Producent obiecuje, że produkt ma nam nawilżyć, odżywić i witaminizować skórę. Ja osobiście nie wymagam tego od kosmetyków do demakijażu, bowiem takie działanie powinien zapewniać krem. Od mleczka Gerovital Plant oczekiwałam przede wszystkim tego, by dobrze oczyścił moją skórę i nie podrażnił jej. Jak się spisał? Pierwsze co to produkt lekko zaczerwienił mi skórę w okolicy nosa, była ona o drobinę podrażniona, jednak trwało to kilka sekund. Do porządnego oczyszczenia cery musiałam powtarzać demakijaż tym produktem dwukrotnie - nie jest to jakiś wielki minus, przynajmniej dla mnie. Nie zauważyłam zapchania porów, wysypu pryszczy, czy wysuszenia cery. Produkt ten można stosować również na szyję i dekolt (czego nie robię), natomiast błędem jest zmycie nim makijażu oczu.


Jak zawsze wrzucam skład dla osób zainteresowanych.
Osobiście mogę powiedzieć, że nie wrócę już do mleczka Gerovital Plant.

Produkt dostałam dzięki uprzejmości przedstawicieli firmy Gerovital by Farmec i zapewniam, że fakt ten nie wpłynął na moją opinię.


Ewu ;)

sobota, 24 listopada 2012

Rossmannowe zdobycze.

Pewnie macie już dość postów na temat promocji w Rossmannie, ale w moim przypadku jest to jedyna szansa na napisanie czegoś dla Was. Ostatnio czas mnie goni, mam do zrobienia sporo rzeczy na studia, poza tym dom, praca, obowiązki. Zakupy nie są duże, jak to mój facet określił "No i kupiłaś jakieś 4 patyki", dlatego notka będzie krótka. Być może jeszcze w poniedziałek pójdę coś dokupić, ale sama nie wiem :)


Eyebrow Stylist Wibo - czaiłam się od dawna na ten z Delii, ale do Natury mi nie po drodze. Ostatecznie zaryzykowałam z Wibo i póki co uważam, że kolor jest w sam raz dla mnie. Zobaczymy jak produkt sprawdzi się z ujarzmieniem moich niesfornych brwi :)
Magic Pen Lovley nr 1 - lubię ten produkt, ponieważ pięknie pachnie i ładnie rozświetla. Kupiłam dwa z myślą o babci.
Szminka Rimmel w odcieniu Airy Fairy - na nią ochotę miałam już na pewno dobry rok, jednak zawsze zapominałam sięgnąć po nią w drogerii. Tym razem poszłam na zakupy z jakże ogromną listą produktów, które chcę zgarnąć i czołowe miejsce zajmowała właśnie Airy Fairy :) Pięknie pachnie i daje świetny efekt na moich ustach.

To na tyle. Ja zmykam, a Was cieplutko pozdrawiam!
Ewu ;)

środa, 21 listopada 2012

Mini haul + metamorfoza dojrzałej kobiety.

Dzisiaj 2 w 1. Na początku pokażę Wam fotkę zdobyczy z dzisiejszego poranka. Skoczyłyśmy z mamą na zakupy i oto co wpadło w moje ręce:


Kominek - 6.99 zł
Dwa olejki eteryczne - zielone jabłuszko oraz wanilia - każdy po 5.99 zł
Podgrzewacze o zapachu magnolii, 3.99 zł
Fioletowa świeczka (na zdjęciu wyszła granatowa..) - 2,50 zł
Płyn micelarny Eveline - 11 zł
Rękawiczki - ok 6 zł
Komin na szyję w beżowym odcieniu - 30 zł
Podkład Wibo - z myślą o malowaniu innych osób, ja używam czegoś innego - 11 zł

A teraz czas na metamorfozę mojej ukochanej cioci. Chciała ona naturalny makijaż, więc nie szalałam z kolorami. Zdjęcia robione z lampą błyskową, bo niestety światło za oknem nie dopisywało. Efekty poniżej:



Całuję!
Ewu ;)

niedziela, 18 listopada 2012

DIY - LawendoweLove - ozdoba do mieszkania.

Ostatnio mam fazę na robienie dodatków do swojego pokoju (wszystko przez Monię z kanału ModoweDIY i Ciasteczko! :)) Staram się wszystko utrzymać w tonacji fioletowo-białej i krok po kroku zmieniać stare, leżące w kącie rzeczy na nowe cudowności :) Dzisiaj przedstawię Wam dekorację, której pomysłodawcą jest moja mama. Nazwijmy ją LawendoweLove

Czego potrzebujemy?
Mała doniczka, słoiczek, bądź inne tego typu naczynie
Rafię
Sztuczne rośliny
Wstążkę / kokon rafii
Nożyczki


1. Szykujemy nasze naczynko, w moim przypadku jest to mała metalowa doniczka
2. Z rafii lepimy kulkę, tak by zmieściła się do naszego naczynia
3. Układamy rafię, najlepiej gdy jej część wystaje powyżej brzegu np. doniczki
4. Obcinamy łodygi sztucznej rośliny na wybraną długość
5. Wtykamy roślinki do naszej rafii, znajdującej się w doniczce
6. Taki efekt można uznać już za końcowy, jednak wg mnie i mamy był on zbyt "goły"..
7. Przycinamy więc wstążkę (lub kokon rafii) i robimy kokardkę na naszej doniczce. Oto gotowa dekoracja:


Za wszystkie wykorzystane tutaj rzeczy nie wydałam więcej jak 10 zł.

Podoba Wam się? Może macie jakieś pomysły na inne dekoracje i otrzymam od Was dawkę inspiracji? :)

Ewu ;)

sobota, 17 listopada 2012

Odświeżami, orzeźwiamy, czyli coś dla stóp.

Mimo, że jestem dużym leniuchem, to staram się jak najlepiej dbać o moje stopy. Chcę aby zawsze wyglądały dobrze, więc nie odpuszczam im systematycznej pielęgnacji nawet zimą, kiedy wszystko można ukryć pod grubą skarpetką. Mam fioła na punkcie świeżości stóp (oczywiście nie tylko stóp :D), dlatego lubię sięgać po spraye, które ułatwiają mi życie.


Dezodorant Feet up z Oriflame kupiłam dzięki mojemu mężczyźnie, który używał go od zeszłej zimy i bardzo zachwalał jego działanie, szczególnie po marszach 25 kilometrowych, jakie musiał odbywać w swojej pracy. Za butlę o pojemności 150 ml płacimy około 25 zł (w regularnej cenie), ale w przypadku firmy Oriflame warto zaczekać na jakieś promocje :)


Atomizer klasyczny, nie ma tu nic dziwnego. Zapach sprayu od razu mnie w sobie rozkochał - nie jest to typowy, miętowy, mega "zimny" aromat, a coś zupełnie innego, świeżego, delikatnego (oczywiście jak przytkniecie nos prosto do atomizera to zapewne poczujecie mocny zapach, który Was odrzuci, natomiast po rozpyleniu ma on już zupełnie inną postać, przyjemną postać). Produktu tego używam zawsze, gdy czuję, że moje nogi są zmęczone. Otrzymuję dawkę orzeźwienia, które rewelacyjnie koi ociężałe stopy. Poza tym spray Feet up na bardzo dobrym poziomie dba o odświeżenie nóżek, czy to latem, czy zimą - spisuje się tak samo dobrze.

Skład: Skład: Isobutane, Alcohol Denat., Butane, Propane, Parfum, Eucalyptus Globulus Oil, Glycerin, Triethyl Citrate, Menthol, Limonene, Aqua, Propylene Glycol, Linalool, Dimethyl Phenylpropanol, Pentylene Glycol, Hexyl Cinnamal, Mentha Piperita Extract, Sorbitol.
Jeśli chodzi o wydajność sprayu to jest ona oczywiście bardzo dobra, takie produkty mają to do siebie (przynajmniej te, które ja testowałam), że starczają na naprawdę długi czas.

Pozdrawiam!
Ewu ;)


piątek, 16 listopada 2012

Manhattan, soft matt lipcream - recenzja.

Od pewnego czasu nie mogę znieść się bez żadnego koloru na ustach, dlatego wyszukuję co raz to nowszych produktów. Jakiś czas temu zdecydowałam się kupić matową pomadkę z Manhattanu. Czy przypadła mi do gustu? O tym niżej. :)

Przyznam szczerze, że bałam się tej pomadki. Głównym powodem były moje usta, które niestety są suche, cokolwiek bym z nimi nie robiła. Aż roi się od zadziornych skórek, więc jak tu użyć produktu matowego? Osobiście wybrałam sobie odcień 53M, czyli dość intensywny róż. Na ustach wygląda on jednak bardzo naturalnie i uwielbiam się  tym kolorze :)


Z aplikacją nie ma najmniejszego problemu - produkt rozprowadza się "jak po maśle", a w dodatku jest wyposażony w klasyczną dla błyszczyków gąbeczkę - łatwo nią manewrować nawet przy tak niewielkich ustach jak moje. Poza tym szminka przepięknie pachnie! Mi przypomina hm.. coś budyniowo-mlecznego :D W każdym razie nie jest to aromat drażniący, ani też utrzymujący się na ustach. Po około 3 minutach od aplikacji produkt zasycha. Tworzy na ustach cienką skorupkę, jednak nie ma jeszcze mowy o podkreśleniu skórek. Jest to jedyna szminka do ust, która utrzymuje mi się około 6h, także pod tym względem wypada super. Oczywiście pijąc ze szklanki ubrudzimy ją, jednak na ustach produkt schodzi równomiernie. Po około 2-3h zaczynają pojawiać się suche skórki (w moim przypadku to i tak niezły wynik). Nic dziwnego - matoa szminka tak, czy siak wysuszy nasze usta.


Na zdjęciu powyżej pokazałam wam fazę "przed" i "po" aplikacji. Jak widzicie nie było jeszcze mowy o płaskim macie i wyżej wspomnianych, ohydnych skórkach.
Z racji tego, że produkt działa wysuszająco staram się nie używać go często, a jedynie w sytuacjach, gdzie przez ileś godzin muszę (chcę :D) wyglądać dobrze i mieć jakiś kolor na ustach (praca, impreza).

Cena: 15.99 zł w Rossmannie.

Z tego co wiem to o połowę tańsze, a praktycznie takiej samej jakości, matowe pomadki ma także firma Basic (dostępna w Schleckerze) :)
Ewu ;)

czwartek, 15 listopada 2012

Joanna z Apteczki Babuni - peeling do ciała.

Ostatnimi czasy mam ogromnego farta - trafiam na naprawdę świetne produkty :) Do niedawna kochałam się w cukrowym peelingu od Perfecty, ale wielka miłość została przerwana przez pewnego niepozornego cudaka :)


Peeling z Apteczki Babuni (Joanna) proteiny mleczne i ekstrakt z miodu dostałam na spotkaniu łódzkich bloggerek. Czekał on tygodniami na swoją kolej, leżąc w łazience, aż w końcu przyszedł czas na wielkie testowanie. Po otworzeniu słoiczka nie mogłam uwierzyć w to, co ujrzałam. Mianowicie chodziło o konsystencję. Przypomina ona coś w rodzaju kiślu, w którym na dobrą sprawę nie namierzyłam specjalnie dużych drobinek. Poza tym produkt jest szalenie lejący, co z początku stanowczo mnie zniechęciło. Obawiałam się, że będzie on czymś w rodzaju żelu pod prysznic nafaszerowanego maleńkimi granulkami. Za chwilę jednak doznałam istnej aromaterapii dla zmysłów - zapach peelingu jest rewelacyjny! Mi osobiście przypomina budyń waniliowy :)


Przyszedł czas aplikacji na ciało - i tutaj powiedziałam sobie w myślach "WOW!". Po pierwsze (przez lejącą konsystencję) nabierałam na dłoń bardzo małą ilość produktu - jakie było moje zdziwienie, gdy udało mi się wypeelingować nią oby dwie nogi! Produkt nie spływał mi z ciała, łatwo się rozprowadzał i pienił. Jak więc wypadł  kwestii zdzierania martwego naskórka? Ano, spisał się na 6! Dawno nie czułam tak nieziemsko przyjemnego drapanka! Uwielbiam mocne drobinki, więc peeling Joanny od razu zawitał w moim serduszku :) W żadnym razie nie nabawiłam się podrażnień, czy uczulenia, a za to mogę cieszyć się gładką i miłą w dotyku skórą przez kilka następnych dni!


Jak zwykle wrzucam skład dla osób nim zainteresowanych. 
Podsumowując - uwielbiam ten produkt i na pewno będę kupować go dalej.
Pojemność: 300g
Cena: ok 14 zł

Całuję,
Ewu ;)

wtorek, 13 listopada 2012

Eveline, tusz do rzęs Volumix Fiberlast length & curl up.

Po raz pierwszy w życiu używam tuszu do rzęs z Eveline. Jakiś czas temu podjęłam decyzję testowania tuszy z niższych półek cenowych, ponieważ moje rzęsy są wystarczająco długie i wystarczająco dobrze podkręcone - brakuje im jedynie mocnego, czarnego koloru.


Produkt ten zakupiłam w Biedronce za około 12 zł. Termin jego ważności to 6 miesięcy od czasu otwarcia, a pojemność wynosi 9ml. Zadanie jakie ma wykonywać? Megawydłużenie i podkręcenie, efekt sztucznych rzęs. Tusz zawiera ,,błyszczącą formułę Fiberlast 16h z mineralnymi pigmentami i prowitaminą B5".


Szczoteczka jest taliowana, co osobiście bardzo lubię. Nie sprawia ona kłopotu w aplikacji, ładnie dopasowuje się do kształtu rzęs oraz nie nabiera za dużo produktu (!!).


Z efektu jaki otrzymuję po użyciu tego produktu jestem bardzo zadowolona (na zdjęciu mam jedną warstwę tuszu). Po pierwsze tusz nie skleja mi rzęs, ma mocny czarny kolor i nie podrażnia oczu. Jest to jeden z najlepszych tuszy jeśli chodzi o trwałość na moich rzęsach. Nie ma mowy o kruszeniu w ciągu dnia, czy o "opadaniu" efektu wow, jaki miał miejsce w przypadku Maybelline the Colossal volum' express. Podczas demakijażu nie muszę martwić się, że spędzę 15 minut na tarciu oczu, by pozbyć się resztki zalegającego tuszu, jednak wiem, że ogromne zadanie mają tutaj preparaty do zmywania make-upu.

Dla zainteresowanych dorzucam skład:


Warto jeszcze zauważyć, że firma Eveline nie testuje na zwierzętach :)

Buźka!
Ewu ;)

niedziela, 11 listopada 2012

Wyprawka na studia, kierunek KOSMETOLOGIA.

Witajcie! Dzisiaj w końcu przybywam z notką na temat wyprawki na studia, kierunek Kosmetologia. Ja pokażę Wam rzeczy, które kazali zakupić nam na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi, jednak z tego, co się orientuję to na różnych uczelniach na tym kierunku wyprawki wyglądają podobnie.


W ostatniej chwili udało mi się zdobyć kuferek. Szukałam czegoś dużego, pojemnego, sztywnego i z możliwością noszenia na ramieniu. Ideał odnalazłam na szafie.pl i razem z przesyłką zapłaciłam 55 zł. :)


Razem z dziewczynami z roku złożyłyśmy grupowe zamówienie w hurtowni Vanita. Tym sposobem udało mi się zdobyć opaskę przytrzymującą włosy (12  zł), patyczki do odsuwania skórek (4,90 zł za 20 sztuk), pilnik do paznokci (2 zł), cążki (55 zł), pęseta (17,90 zł) oraz bagietka do henny (23,99 zł). Ja sama dokupiłam sobie też ligninę (ok. 2 zł w aptece), ale zrobiłam to po raz pierwszy i ostatni - okropnie się rwie i kruszy, a fe!


Potrzebne są też dwa duże ręczniki (70x140 ; swoje zakupiłam w Realu za ok. 24 zł każdy) oraz dwa małe (dłuższy bok 45cm ; kupiłam jeden mały w Jysku za 20 zł i znajoma krawcowa przecięła mi go na pół) - my z dziewczynami umówiłyśmy się na kolor brązowy. Do tego białe prześcieradło (Jysk, 18 zł).


Rzecz obowiązkowa na praktycznie każdym kierunku medycznym - fartuch. Ja swój dorwałam w ostatniej chwili w sklepie w odzieżą zawodową. Udało mi się trafić na mały rozmiar, więc jeśli ktoś z Łodzi lub okolic szuka to pisać - podam adres sklepu :) (79 zł)


Chyba nikogo nie dziwi dalsza część białej garderoby - ja zdecydowałam się na zwykłe białe rurki, które zalegały nieużywane z mojej szafie oraz buty (nieco szpitalne :D), które dała mi mama. Można oczywiście mieć buty wiązane, a zamiast spodni np. białe legginsy, czy rajstopy, jeśli postawicie na dłuższy fartuch :)

Do tego musimy też zakupić pędzle do makijażu, które będą potrzebne dopiero w okolicach maja. Ja muszę jeszcze poszukać okularów ochronnych (być może skuszę się na Peggy Sage) na takie przedmioty jak biogfizyka, czy chemia ogólna.
Mam nadzieje, że Was nie zanudziłam, a przyszłym studentom Kosmetologii uświadomiłam troszeczkę to, czego mogą się spodziewać :)

Buziaki!
Ewu ;)

czwartek, 1 listopada 2012

Alterra, maska do włosów granat i aloes.

Ciągle dążę do idealnej pielęgnacji moich włosów. Teraz jestem już chyba prawie u celu, a produktem który ma w tym swój duży udział jest znana Wam dobrze maseczka z Alterry - granat i aloes.

Opakowanie to poręczna, miękka 150 ml tuba, z której bez problemu możemy wydobyć produkt. Jego zadaniem jest nawilżenie i odbudowa włosów suchych i zniszczonych.


Dozownik jak najbardziej okej - nie ma problemu z otworzeniem klapki, by się do niego dostać, a przez samą 'dziurkę' na pewno nie umknie nam zbędna ilość maski. Oczywiście swoją zasługę ma tu też konsystencja - wg mnie bardzo treściwa i zbita na tyle dobrze, że nie ucieka przez palce. To wszystko razem wzięte gwarantuje nam dobrą wydajność produktu :)


Skład oczywiście na plus - jak w przypadku wszystkich kosmetyków marki Alterra. Maska nie posiada sztucznych barwników, substancji zapachowych i konserwujących, silikonów (a już myślałam, że są one niezbędne do "ładnego" efektu na moich włoskach :)), parafiny i innych olejów mineralnych.
Zapach produktu jest bardzo przyjemny! Nie umiem go opisać, jednak mogę dodać, że u mnie długo utrzymuje się na włosach, co oczywiście szalenie mnie cieszy :) 

Jak stosuję ten produkt?
Po umyciu włosów szamponem Babydream wyrzymam je porządnie w ręcznik i nakładam maskę (skupiam się głównie na pasmach od ucha w dół). Chodzę z nią w zależności od czasu jakim dysponuję, mniej więcej jest to coś pomiędzy 15-40 minut. Następnie dokładnie spłukuję produkt i przechodzę do dalszych etapów włosowego rytuału :)
Efekty?
Przepięknie nawilżone i zdrowo wyglądające włosy! Są one miłe w dotyku i sypkie. W żadnym razie nie zauważyłam ich obciążenia, czy szybszego przetłuszczania się. Muszę też powiedzieć, że pasma o niebo łatwiej się rozczesują i są automatycznie ujarzmione. W dodatku, tak jak wcześniej wspominałam, długo utrzymują zapach maseczki :)

Cena produktu to 8-10 zł w Rossmannie. Serdecznie polecam!

Pozdrawiam!
Ewu ;)