czwartek, 28 lutego 2013

Joanna, peelingi myjące - recenzja.

O peelingach Joanny chyba słyszała każda z Was. Dzisiaj postanowiłam wyrazić swoją opinię na ich temat. Postaram się zrobić do zwięźle i konkretnie :)


Obecnie w swojej kolekcji posiadam dwa warianty zapachowe - truskawkę i pomarańczę. O ile pierwszy z wymienionych bardzo mi się podoba, to kolejny niestety przypomina mi odświeżacz powietrza do toalet.. No, ale tragedii nie ma, w końcu liczy się działanie :)


Buteleczki są niewielkich rozmiarów i mieszczą w sobie 100 ml peelingu - moim zdaniem idealnie nadadzą się w podróż. Otworek nie jest duży i  wydobywa odpowiednią ilość produktu. Ponad to zatrzask jest łatwy do otworzenia i nie trzeba go podważać paznokciem (o zgrozo!) lub innym 'narzędziem'.


Konsystencja peelingu przypomina żel, w którym zatopione są czarne drobinki peelingujące. Osobiście używam tych produktów na sucho, ponieważ lubię dość mocne zdzieranie, a poza tym moja skóra tego wymaga. Na sucho zabieg jest oczywiście dużo delikatniejszy. Efekty są zadowalające - moja buzia jest wygładzona, oczyszczona oraz niepodrażniona. Tego wymagam i to otrzymuję :)
Wydajność oceniam bardzo dobrze - używam tych peelingów tylko na twarz (na ciało są w moim przypadku stanowczo za słabe) około 2 razy w tygodniu i buteleczka 100ml starcza mi na kilka tygodni.

Skład niestety nie zachwyca.. Podaję ten z peelingu truskawkowego, jednak niewiele różni się on od peelingu pomarańczowego:
Aqua, polyethylene,  sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betane, glycerin, disodium laureth-3 sulfosuccinate, coco-glucoside, glycerin oleate, acrylates/C10-30 Alkyl acrylate crosspolymer, xanthan gum, triethanolamine, polyquaternium-7, coceth-7, PPG-1-PEG-9 Lauryl glycol ether, PEG-40 Hydrogenated castor oil, citrus aurantium dulcis extract, alcohol denat., disodium EDTA, parfum, limonene, synthetic wax, DMDM hydratoin, methylchlorisothiazolinone, methylisothiazolione, CI:19140, CI:16255, CI:77499.

Cena: około 4-5zł
Dostępność: drogeria (Rossmann, Natura)

Ewu ;)

niedziela, 24 lutego 2013

Projekt denko - luty '13.

W poprzednim poście pisałam Wam o ulubieńcach lutego (klik), natomiast dzisiaj przychodzę z projektem denko. Uważam, że poszło mi na prawdę nieźle, ale sprawa kolorówki ma się beznadziejnie..


Dzisiaj podzielę zużyte produkty na kategorie, aby post był dla Was bardziej przejrzysty. :)

1. PIELĘGNACJA WŁOSÓW I TWARZY:


Timotei, szampon z różą z Jerycha dodający blasku - na moim blogu pojawiła się recenzja szamponu z tej samej serii, jednak tamten miał dodawać objętości (klik). Oby dwa produkty przypadły mi do gustu i na pewno jeszcze nie raz po nie sięgnę.
Joanna, Ultra color system - szampon do włosów blond, rozjaśnianych i siwych - tutaj osobna recenzja.
Eveline, micelarny płyn do demakijażu -bardzo dobry produkt. Ładnie zmywa makijaż i co najważniejsze - nie podrażnia oczu. Polecam!
Alterra, krem do mycia twarzy z wyciągiem z dzikiej róży - mój absolutny KWC! Poświęciłam mu osobną notkę, także do niej Was odsyłam. 

2. HIGIENA INTYMNA:


Facelle, chusteczki do higieny intymnej w wersji pełnowymiarowej i podróżnej - o ile wersja pełnowymiarowa jest moim absolutnym hitem (zapraszam do recenzji) to wersja podróżna okazała się niewypałem - jest niewiele tańsza i zawiera o 5 chusteczek mniej. Ponad to chusteczki są bardzo małe i słabo nawilżone - musimy zużyć ich 2 lub 3, aby poczuć komfortowe odświeżenie.
Intimea, żel do higieny intymnej - niedawno poświęciłam mu osobny post.

3. KĄPIEL:


Balea, żel pod prysznic z olejkiem o zapachu Frangipani - cudo! Świetna wydajność i obłędny aromat :)
On-line, sól do kąpieli o zapachu miodu i mleka - bardzo lubię ten produkt. Cudnie pachnie (zapach utrzymuje się w łazience jeszcze długo po kąpieli) i dobrze zmiękcza naskórek. Poza tym jest tani i wydajny - na pewno kupię ponownie.

4. INNE:


Colgate Plax, płyn do płukania jamy ustnej - dobry produkt, który nie palił mnie w buzię :) Przyjemnie odświeżał, był wydajny i nie kosztował wiele. Skuszę się na niego jeszcze nie raz.
Eveline, krem niewidzialne rękawiczki -produkt zużyłam już w tamtym miesiącu, ale zawieruszył mi się w torbie zdenkowanych i trafił ponownie na zdjęcia, a ja gapa zorientowałam się o tym dopiero pisząc tego posta. Ten produkt chyba mnie prześladuje! :)
Ziaja, krem do stóp - mój ulubiony krem do pielęgnacji stópek. Ładnie pachnie, fajnie nawilża, no i jest bardzo tani oraz dobrze dostępny. Na pewno dorwę go przy okazji jakiś zakupów.
CleanHands, żel antybakteryjny do rąk - mój nieodłączny towarzysz życia. Tani, szalenie wydajny i dobrze spełniający swoją funkcję, czego chcieć więcej? :>

5. PRÓBKI:


Chanel, podkład Perfection Lumiere w odcieniu 020 beige - cudo! Przepiękny zapach, bardzo naturalny efekt na twarzy i dobra trwałość. Podkład ma raczej średnie krycie, ale dla mnie najważniejsze jest wyrównanie kolorytu cery - z tym produkt ten radzi sobie świetnie. Ponad to nie zapchał mnie, a Sephorowska próbka starczyła na jakieś 7 użyć, co oczywiście oznacza bardzo dobrą wydajność :) Niestety cena (bodajże 209zł) powala i skutecznie odstrasza mnie od kupienia pełnowymiarowego opakowania.
Sephora, podkład nawilżający - jak widzicie miałam próbki dwóch kolorów. Pierwsze co muszę powiedzieć to to, że sama próbka jest beznadziejna w użyciu. Musimy odkleić warstwę wierzchnią opakowania i z płaskiej skrytki wydobyć podkład, którego nalano tyle, co kot napłakał. Ni to nabrać palcem, ni to nabrać pędzlem. Koszmar! Nie wypowiem się na temat tego produktu, bo nie mogłam go wystarczająco dobrze przetestować.

To na tyle kochani. Dajcie znać jak Wasze produkty denko :)

Ewu ;)

sobota, 23 lutego 2013

Ulubieńcy lutego '13.

Koniec miesiąca zbliża się wielkimi krokami, a więc przyszedł czas na podsumowanie. Dzisiaj napiszę Wam o zaledwie kilku produktach, jakie w ubiegłych tygodniach skradły moje serce :) Zapraszam do czytania!


Krem z Isany z masłem shea i kakao kupiłam jakiś czas temu z myślą o kremowaniu włosów - spisuje się ono w tej kwestii na prawdę rewelacyjne, ale osobiście z powodzeniem używam go także na ciało. Zapach jest przepiękny i długo utrzymuje się na włosach jak i ciele. Ponad to moje pasma po zastosowaniu tego produktu nie są obciążone, ale za to nawilżone, gładkie i łatwe do rozczesania.
Zapach Daisy od Marca Jacobsa marzył mi się już dawno temu i właśnie w tym miesiącu wpadła w moje ręce jego ogromna pojemność - aż 125ml! Poświęcę temu produktowi osobny post, także dzisiaj nie będę się na jego temat rozwodzić.


Jakiś czas temu pisałam Wam o mące ziemniaczanej, której mam zamiar używać jako pudru - był to strzał w dziesiątkę! Efekt matu utrzymuje się na mojej twarzy calutki dzień, poza tym mąka nie bieli mnie i nie zapycha. Bardzo się cieszę, że zaryzykowałam takiego rozwiązania :)
Makijaż oczu w lutym był w zasadzie cały czas taki sam - na górą powiekę kładłam przepiękny łososiowy cień z paletki z Chanel o nazwie 88 Garden Party. Zaskoczyła mnie dobra pigmentacja i fenomenalna trwałość. Dolną powiekę podkreślałam natomiast turkusową kredką Emily w odcieniu 118, którą wygrałam u Arlety (:*) - mimo, iż produkt ściera się po upływie kilku godzin to lubię go za dobrą pigmentację, miękką konsystencję, no i ten cudowny niebieski odcień :)

Całuję!
Ewu ;)

wtorek, 19 lutego 2013

BeBeauty - micelarny żel do mycia i demakijażu twarzy i oczu - recenzja.

Odkąd dowiedziałam się, że mój ulubiony produkt do mycia twarzy (klik do recenzji)  został wycofany to w popłochu zaczęłam szukać jakiegoś sensownego następcy. Z pomocą przyszła mi Biedronka i blogosfera, na której jakiś czas temu dość często pojawiały się pozytywne opinie micelarnego żelu do mycia i demakijażu twarzy i oczu z BeBeauty.


Za tubkę o pojemności 150 ml musimy zapłacić około 4 zł. Samo opakowanie jest miękkie i poręczne, także nie sprawia kłopotów w czasie używania. Żel ma przyjemny, świeży zapach, który stanowczo przypadł mi do gustu :)


Otworek niewielki, wydobywający odpowiednią ilość przezroczystego i gęstego żelu (oczywiście lepszym rozwiązaniem byłaby pompka). Do umycia całej twarzy wystarczy niewielka ilość produktu, jednak mimo to ja zauważyłam, że moja tubka szybko schudła.. No cóż, nawet jeśli wydajność nie będzie rewelacyjna to za 4 zł mogę pozwolić sobie kupować ten produkt choćby dwa razy w miesiącu. Jak oceniam działanie micelarnego żelu z BeBeauty? Przyznam szczerze, że polubiłam się z tym produktem - dobrze zmywa makijaż twarzy i oczu (chociaż oczy od jakiegoś czasu zmywam dwufazowym płynem Heleny Rubinstein - klik - i żelem BB dokonuję jedynie niewielkich poprawek w tej okolicy), nie wysusza mojej skóry, nie podrażnia jej i nie zapycha porów.


Skład bardzo pozytywnie mnie zaskoczył: Aqua, Propylene Glycol, Disodium cocoamphodiacetate, PEG-40 hydrogenated Castor Oil, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Poloxamer 184, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Hydroxopropyl Guar hydroxypropyltrimonium Chloride, Sophora Japonica Leaf Extract, Panthenol, Sodium Hydroxide, Sodium citrarte, Sodium chloride, Disodium EDTA, Citric Acid, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Methylisothiazolinone.

Mimo wszystko wiem, że jeśli Waschcreme z Alterry wróci na sklepowe półki to BeBeauty pójdzie w odstawkę. :)

Pozdrawiam,
Ewu ;)

niedziela, 17 lutego 2013

Helena Rubinstein, All Mascaras! dwufazowy płyn do demakijażu - rezencja.

Na imieniny dostałam od moich dwóch 'kuzynów' i żony jednego z nich (całuję! :*) absolutną nowość moich zbiorów - dwufazowy płyn do demakijażu Heleny Rubinstein. Nigdy nie miałam do czynienia z jej kosmetykami, dlatego bardzo się ucieszyłam, że w końcu się to zmieniło :)


Mój płyn ma pojemność 50ml (byłby idealny na wyjazd, ale nigdzie się w najbliższym czasie nie wybieram) - niestety nie wiem ile kosztuje, natomiast KWC mówi, że za 125ml musimy zapłacić ok 120zł.. wg mnie jest to stanowczo za dużo. Produkt zamknięty jest w plastikowej, poręcznej buteleczce, na której znajdziemy podstawowe informacje np. termin ważności 6 miesięcy od czasu otwarcia.


Otworek jest na prawdę niewielki, z czego bardzo się cieszę, bowiem nie ucieka mi przez niego zbyt dużo produktu. Sam płyn ma rewelacyjną wydajność - kilka kropelek wystarczy na zmycie obydwóch oczu, nawet jeśli mam cienie, wodoodporny eyeliner i kilka warstw tuszu. Nie zauważyłam aby warstwa olejowa zostawiała tłusty film na mojej skórze, podrażnień i innych negatywnych skutków ubocznych również brak. Nie mam nic do zarzucenia płynowi All Mascaras, ale osobiście porównałabym ten produkt to dużo tańszego płynu dwufazowego z Sephory - u mnie mają tak samo dobre działanie.

Skład: Aqua/water, cyclopentasiloxane, isododecane, cyclohexasiloxane, glycerin, geraniol, potassium phosphate, sodium bicarbonate, sodium chloride, dipotassium phosphate, citronellol, decyl glucoside, hexylene glycol, polyaminopropyl, biguanide, parfum/fragrance.

Mimo, iż produkt sprawdził się u mnie bardzo dobrze to nie skuszę się na niego ze względu na zbyt wysoką cenę.

Całuję,
Ewu ;)

środa, 13 lutego 2013

Kroczek po kroczku, czyli kolejna partia mini-zakupów.

Ostatnimi czasy coś nie po drodze zrealizować mi listę zakupów za jednym zamachem.. O pierwszej części zdobyczy pisałam Wam tutaj, natomiast dzisiaj przychodzę z kolejną ubogą partią - niestety nie ostatnią.


Spontanicznie skoczyłyśmy z mamą do Rossmanna i udało Nam się kupić krem Garnier Essentials Hydration w okazyjnej cenie 9,89 zł (oczywiście przywłaszcza go sobie moja mama). Następnie skusiłam się na masło z Isany (chociaż w domu mam jeszcze w zapasie 3 inne masełka) o obłędnym zapachu, które jakiś czas temu robiło szał na blogosferze - za 500 ml pojemności zapłaciłam 7,99 zł. Na zakończenie do koszyka trafiły chusteczki do higieny intymnej Facelle (recenzja) - 4,49 zł.

Pozdrawiam!
Ewu ;)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Bobbi Brown "Perfekcyjny makijaż" - recenzja.

O książce "Perfekcyjny makijaż" marzyłam na prawdę długo (jeszcze dłużej zbierałam się do jej recenzji - w poście pokażę Wam fotki jedynie najciekawszych treści, natomiast słownie postaram się skupić na ogólnych plusach i minusach). Kiedy ją dostałam przejrzałam na szybko zawartość i moje podekscytowanie wzrosło - nie mogłam doczekać się spokojnego wieczoru z lekturą stricte makijażową - w mojej kolekcji była to pierwsza taka pozycja.


Książka dzieli się na dwa działy: Podstawy oraz Mistrzowski Poziom. Ich nazwy są w miarę adekwatne do treści, jednak ja i tak poczułam niemały zawód...


 
Zacznijmy od pierwszej wtopy - "poradnika" odnośnie tego, jakie kosmetyki powinnyśmy mieć przy sobie w różnych sytuacjach/miejscach naszego życia. Na pierwszy rzut idzie "Wieczór", na który wg BB mamy zabrać "szminkę lub błyszczyk, konturówkę do ust, puder w kompakcie, małą paletkę do makijażu (powinna zawierać podkład, korektor i róż), miniaturowe opakowanie perfum oraz miętówki". Super, dokładając do tego klucze, portfel, telefon i chusteczki higieniczne musiałabym wziąć prawie tak dużą torbę, z jaką idę np. do pracy. Przy takim "kosmetycznym niezbędniku" nasuwają mi się na myśl jedynie młode dziewczyny, które na co dzień noszą ze sobą wypchane po brzegi kosmetyczki i na każdej szkolnej przerwie lecą poprawiać 'konieczny' im makijaż. Kolejna porada autorki tyczyła się miejsca naszej pracy, w którym powinniśmy trzymać duplikaty ulubionych kosmetyków, a w tym dokładnie: "korektor, podkład, puder prasowany z lusterkiem, róż, balsam do ust, szminka i/lub błyszczyk, czarny eyeliner i srebrny lub biały cień do powiek, dzięki którym szybko stworzymy wieczorowy makijaż, małe pędzelki, szczoteczkę do zębów oraz małą pastę". Czy jestem jakaś "inna", czy Wam też wydaje się to idiotyczne?


Teraz dla odmiany jakiś pozytyw: na wybranych stronach książki znajdują się "wskazówki" i jedna z nich dotyczy pędzli z naturalnego włosia. A mianowicie Bobbi mówi, aby szukać na opakowaniu napisu "cruelty-free", co oznacza, że zwierzęta, z których włosia został wykonany dany pędzel nie cierpiały przy jego tworzeniu. Kolejna porcja "dobrych rad" autorki to tzw. "Zakupowe tak i nie" - na prawdę cenne sugestie, z których zresztą postaram się skorzystać :)


I niestety - znowu czas na wpadkę - kolejną wskazówkę, do której mój facet znalazł idealne porównanie, ale o tym za chwilę.. Jak brzmi złota rada BB? "Gdy masz suche, spierzchnięte i popękane usta nałóż na nie specjalny odżywczy balsam do ust". Myślałam, że z łóżka spadnę jak przeczytałam to wielkie odkrycie. No i teraz najlepsze - porównanie mojego faceta: "Ty, Ewa. To tak jakbym Ci powiedział, że jak pada deszcz to musisz wziąć parasol". :D


Rozdział, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie to "Styl życia". Zawiera on dużo ciekawych informacji między innymi o tym jak działają poszczególne witaminy i w jakich produktach możemy je znaleźć. Poza tym w książce znajdziemy tzw. "Pielęgnacyjny słowniczek" wyjaśniający różne "trudne" terminy np. inhibitory tyrozyny.


W "Perfekcyjnym makijażu" znajdziemy również dział na temat piękna różnorodności, który wg mnie jest dość przydatny dla osób chcących związać swoje życie z wizażem - kto wie, z jakiego zakątka świata modelkę przyjdzie nam malować.. :)


Co nie co możemy również przeczytać o ślubnym niezbędniku. Niestety pojawiło się w nim więcej zbędnych niż cennych rad. No, bo "wykonaj próbny makijaż", "wyśpij się", "bierz relaksujące kąpiele", czy też "nie korzystaj z solarium przed samym ślubem" to dość oczywiste.


Kolejna część książkowej wpadki, o której pragnę wspomnieć, to rodzaje makijażu opisywane przez autorkę. "Makijaż na specjalne okazje", "makijaż dla nastolatek", "nieprzemijające piękno", "makijaż dla przyszłych mam", "makijaż na kiepski dzień" - jak dla mnie jest to wymuszone dzielenie na kategorie. Równie dobrze moglibyśmy ustalić makijaż na poniedziałek, na wtorek, na wyjście do kina i na wyjście do teatru. Ponad to autorka trochę gubi się w tym co pisze, przynajmniej ja odczułam takie wrażenie. Przy makijażu dla nastolatek radzi jak ukryć wyprysk, ale przecież nie tylko nastolatka ma taki problem. To samo tyczy się plam pigmentacyjnych, wpisanych w kategorię "nieprzemijające piękno". Uważam, że dużo lepiej byłoby zebrać np. "Problemy skórne i ich maskowanie" w jeden krótki, lecz treściwy rozdział, a nie odgórnie oceniać stan skóry osób młodych, jak i starszych. 

Na koniec powiem Wam króciutko o cennych radach dla początkujących wizażystów. Po 1. Bobbi zaleca prowadzenie swojego notesu, do którego wklejamy inspirujące nas zdjęcia (zawierające makijaże, kolory, naturę, cokolwiek co nas zauroczyło) - osobiście mam coś takiego już od pewnego czasu i uważam, że to na prawdę ciekawy pomysł. Po 2. w książce znajdziemy wskazówki jak utworzyć swoje portfolio, by było ono "na poziomie". Po 3 - możemy zapoznać się z opiniami fotografów, pracujących z wizażystami. 

Uważam, że książka zawiera masę treści podstawowych, dla osób na prawdę bardzo początkujących i za dużo zbędnych/oczywistych informacji. Kilka stron lania wody mogłyby zastąpić np. metamorfozy ludzi, z opisem co i jak w przypadku danej urody się korygowało, a co uwydatniało. Z całą pewnością do gustu bardziej przypadła mi książka "Makijaż - sztuka przemiany" Kevyna Aucoina (recenzja), jednakże u Bobbi Brown znalazło się kilka ciekawostek, do których najprawdopodobniej nie dotarłabym u innych źródeł.

To na tyle, mam nadzieje, że wytrwaliście do końca.

Pozdrawiam!
Ewu ;)

piątek, 8 lutego 2013

Nowości w mojej kosmetyczce - cz. 1

Lista zakupów, które muszą trafić do mnie w najbliższym czasie nie jest jeszcze niestety zrealizowana. Dzisiaj z pomocą przyszła mi Biedronka, Real oraz .. mąka ziemniaczana i stary puder rozświetlający z Vipery. Oto, co wpadło w moje ręce:


Serum Eveline do biustu w gratisie z kremem-masą do rąk tej samej marki (dorwane w Realu za 16,99zł), maseczka odżywcza z Lirene (1,99zł), na którą skusiła mnie Martuś (:*), standardowo i od lat ten sam peeling myjący z Joanny (3,49zł) oraz kolejne opakowanie mojego ukochanego tuszu do rzęs Eveline (9,99zł ; recenzja).


Na zakończenie pokażę Wam mój nowy puder, a mianowicie mąkę ziemniaczaną. Słyszałam sporo dobrego o takim rozwiązaniu i jeszcze do wczoraj wieczora gorąco broniłam się, że mimo wszystko nie spróbuję i wolę lecieć po puder sypki z My Secret. No, ale cóż - kobieta zmienną jest. Dosłownie kilka minut temu dałam nowe życie opakowaniu po pudrze rozświetlającym z Vipery :) Zaczynam testowanie i na pewno za jakiś czas dam Wam znać, czy jestem zadowolona, czy nie.
Całuję,
Ewu ;)

czwartek, 7 lutego 2013

Joanna, Ultra Color System, szampon do włosów blond.

W maju zeszłego roku zdecydowałam się w końcu na jakiś konkretny produkt do moich rozjaśnianych włosów. Jako, że nigdy z takowym nie miałam styczności to postawiłam na coś ogólnodostępnego i zarazem niedrogiego - padło na wszystkim doskonale znaną Joannę.


Produkt ma za zadanie nadawać platynowy odcień włosom, eliminować ich żółtawy kolor oraz przedłużać efekt, jaki uzyskaliśmy po rozjaśnianiu. Jego barwę opisałabym jako atramentową i przyznam szczerze, że wzbudziła ona we mnie lekkie obawy przed pierwszym użyciem (okazały się one na szczęście zupełnie niepotrzebne, uf ;)). Zapach dość przyjemny, długo utrzymuje się na włosach. Konsystencja natomiast prezentuje się dość lejąco - może uciekać przez palce, nim nabierzemy wprawy w użytkowaniu tego szamponu.


Efekty? Przede wszystkim kolor moich pasemek utrzymał się znacznie dłużej i bez problemu mogę ten zabieg powtarzać co pół roku nie martwiąc się, że stanę się posiadaczką tzw. "włosowej jajecznicy". Ponad to szampon ma ciekawe właściwości pielęgnacyjne - po jego zastosowaniu mogę umyć włosy co 3 dni (przez wiele lat robiłam to codziennie, ostatnio co dwa dni) oraz bez większych problemów rozczesać czuprynę. Kolejną zaletą jest to, że produkt nie wysusza włosów oraz powoduje, że są one miękkie i sypkie, nawet bez użycia maski, czy odżywki.


Skład dla ciekawskich. :) Jestem pewna, że Joanna na dłużej zostanie w mojej łazience. Gorąco polecam przetestować ten produkt :)

Dostępność: drogerie (Natura, Rossmann, Laboo)
Cena: ok 8zł
Wydajność: bardzo dobra.

Ewu ;)

wtorek, 5 lutego 2013

Eveline, odżywka do rzęs - recenzja.

Naturalnie mam długie i dość gęste rzęsy, dlatego zazwyczaj odżywki do ich pielęgnacji omijałam szerokim łukiem. Kiedy jakoś we wrześniu/październiku znalazłam ciekawą ofertę w Biedronce, o której zapewne dobrze pamiętacie, to po prostu nie mogłam się oprzeć i nie spróbować produktu, który zaprezentuje Wam w dzisiejszym poście.


Obietnice producenta są konkretne. Jako, że jest to produkt 3w1 to ma on za zadanie odbudowywać nasze rzęsy, pobudzać je do wzrostu oraz stanowić bazę ochronną pod tusz. Ja osobiście używam tej odżywki tylko i wyłącznie pod maskarę, chociaż na ulotce dołączonej do opakowania producent wspomina, iż można używać jej na noc.


Barwa odżywki jest biała i taki też kolor daje na naszych rzęsach. Szczoteczka silikonowa, przyjemna i bezproblemowa w używaniu. Produkt ten nie ma zapachu, nie podrażnia mnie, ani nie wyrządza żadnej krzywdy moim rzęsom. Ale czy w ogóle działa? I tutaj muszę przyznać, że jak najbardziej tak. Pierwsze, czym odżywka ta skradła moje serce to fakt, iż przedłuża ona trwałość maskary na moich rzęsach. Zazwyczaj wieczorem (szczególnie kiedy w ciągu dnia urządziłam sobie leniwą drzemkę) mój tusz "opadał" - mam na myśli to, że wszelkie efekty rozdzielenia, wydłużenia i pogrubienia znacznie traciły na jakości. Podczas używania odżywki Eveline nic takiego nie ma miejsca - tusz wygląda idealnie aż do chwili demakijażu. Ponad to moje rzęsy są na tyle dobrze ochronione warstwą opisywanego dzisiaj preparatu, że nie pamiętam, kiedy ostatnio któraś z nich wypadła mi podczas zmywania makijażu. Jedyna obietnica producenta, której nie mogę potwierdzić to wzrost rzęs - tak jak wspominałam na początku notki - moje naturalnie są już wystarczająco długie, a ja jakoś nie zwracam uwagi na ich wygląd bez maskary (dzieje się tak zapewne dlatego, że moje rzęsy są szalenie jasne i bez wytuszowania ich wyglądam, jakbym wcale ich nie miała :p).


Skład wrzucam jak zawsze dla ciekawskich.

Cena: regularnie to około 11-12zł w Drogerii Natura, ale od 07.02 w Biedronce jest promocja na tą odżywkę i możecie dorwać ją za 8.99zł :)

Pozdrawiam!
Ewu ;)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Intimea, żel do higieny intymnej - recenzja.

Jakiś czas temu pisałam Wam o moich ulubionych chusteczkach do higieny intymnej (klik), więc dzisiaj przyszedł czas na zaprezentowanie płynu do mycia tychże okolic. Produkt, który Wam zaprezentuje gości w mojej łazience już dobre dwa lata. Powód? Jest dobry, tani i łatwo dostępny (znajdziecie go w Biedronce). Kilka razy próbowałam przetestować inne egzemplarze z tej kategorii i uwierzcie mi, że bardzo tego żałowałam.


Mój płyn znajduje się w niewielkiej 300ml buteleczce. W oczy od razu rzuca się ogromny (i na szczęśćie jedyny) minus - brak pompki. Kolor produktu to dość jasny błękit, natomiast zapach prezentuje się świeżo i wg mnie o drobinę cytrusowo (ze składu wynika, że powinniśmy wyczuć konwalię i jaśmina..).


Otworek, przez który mamy wydobyć płyn  nie jest duży w związku z czym nie marnujemy nadmiaru produktu. Konsystencja żelu jest lejąca, lecz wystarczająco gęsta, by nie uciekała nam z dłoni, nie przelewała się przez palce.


Producent zapewnia, iż produkt ten ma właściwości łagodzące i osobiście mogę się z tym w 100% zgodzić. Kiedyś zdradziłam Intimeę z Ziają i nabawiłam się ogromnych podrażnień, swędzenia, upławów i innych przykrych skutków ubocznych. Kiedy użyłam z powrotem opisywanego dzisiaj produktu dosłownie poczułam ulgę i po dwóch dniach nie było śladu po nieprzyjemnym spotkaniu z innym płynem do higieny intymnej.


Skład niczym nie powala, cóż. Mimo to dalej będę kupować ten produkt, ponieważ sprawdza się u mnie rewelacyjnie - nie podrażnia, nie wysusza, dobrze odświeża, a poza tym jest tani (jakieś 3-4 zł) i dobrze dostępny. Buteleczka 300ml starcza mi na około 2 miesiące codziennego używania.

Polecam wypróbować, jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście.
 

Ewu ;)

niedziela, 3 lutego 2013

Estee Lauder Pleasures - recenzja.

Dzisiaj czas na kolejną odsłonę mojego zapachowego ulubieńca. Jest do zdecydowanie najmocniejszy zapach jaki posiadam w swojej kolekcji, ale zarazem najbardziej ciekawy.


Ponad rok temu mój mężczyzna sprawił mi prezent urodzinowy w postaci zestawu z tymże zapachem i muszę się przyznać, że oszczędzam go jak tylko mogę. W skład kofretu wchodzą: 30 ml wody perfumowanej, 50 ml mleczka do ciała oraz 50 ml żelu pod prysznic. Buteleczka jest prosta, zgrabna i klasyczna, ale co najważniejsze - poręczna. Jeśli chodzi o linię uzupełniającą (żel i mleczko) to nie wypowiem się na ten temat, ponieważ zwyczajnie nie nadarzyła się okazja na jej użycie.


Nuty zapachowe, które możemy wyczuć w tym zapachu to: fiołek, lilia, lilak, róża, kwiat karo karoundé, piwonia, drzewo sandałowe, paczuli. Jak wspominałam na początku - jest to zapach niezwykle ciekawy. Pierwszy aromat, który możemy wyczuć, jest dość mocny, nachalny i dla wielu zapewne odrzucający (tutaj potwierdza się teoria, że prezentowanie zapachu na "papierkach" dostępnych w perfumeriach jest niczym w porównaniu do zapoznania się z nutami zapachowymi na własnym ciele). Natomiast już po kilku chwilach (przynajmniej na mojej skórze) zaczyna dziać się istna transformacja - zapach staje się niezwykle kobiecy, subtelny, ale i z lekkim pazurem. Ja czuję się w nim cudownie i na pewno skuszę się na kolejną buteleczkę :)


Trwałość jest powalająca. Na moim ciele Estee Lauder Pleasures utrzymuje się nawet 24h (czuję go po kąpieli, kiedy kładę się do łóżka oraz rano, budząć się w wygrzanej pierzynie). Ubrania cieszą się jego aromatem jeszcze dłużej - nie zapomnę jak po jakiś dwóch tygodniach wyciągnęłam swój zimowy sweter, a jego kołnierz dalej pachniał! To był dla mnie szok i na prawdę pozytywne zaskoczenie. Serdecznie polecam Wam popsikać się tym zapachem i dać szansę rozwinąć mu się na ciele -  na prawdę warto!

Dostępność: Sephora, Douglas, perfumerie internetowe.
Cena: 189zł/30ml ; 249zł/100ml ; 369zł/100ml.

Ewu ;)