wtorek, 30 lipca 2013

Wakacyjna kosmetyczka!

Jutro w nocy wybieram się na wakacje, przyznam szczerze, że bardzo spontaniczne. Najpierw wybywamy nad morze z rodziną, z czego ja i M. wracamy do Łodzi już w niedzielę - niestety cały dzień spędzimy w pksie.. Zdążymy się ogarnąć, trochę przepakować i przespać, a następnego dnia z paczką przyjaciół jedziemy na 3-4 dni nad zalew Sulejowski nieopodal naszego miasta. Pod względem kosmetyków zabiorę raczej te same rzeczy, przynajmniej taki mam plan. Jeśli jesteście ich ciekawe to zapraszam do dalszej części posta! Zaznaczę jeszcze, że na zdjęciach pokazuję oryginalne produkty, ale sporo z nich zostanie przelana do mniejszych opakowań :)


Płyn micelarny BeBeauty (klik), pianka myjąca Decubal, Iwostin filtr SPF30 (klik), Kolastyna filtr SPF30, pasta do zębów Colgate (akurat taką posiadam w wersji mini), krem oliwkowy Ziaja (klik), próbki kremów, które mam zamiar stosować na dzień - Ziaja kuracja antybakteryjna, Ziaja AZS, Clinique moisture surge oraz Dermedic HydraIn3.


Żel do higieny intymnej Intimea, żel pod prysznic Isana masło shea&owoc pasji, mleczko do ciała Ziaja kozie mleko (będę go używać o ciała, dłoni i stóp), antyperspirant Rexona (na zdjęciu wersja Sexy, ale ze sobą zabieram linen dry), chusteczki do higieny intymnej Facelle (klik), próbka oliwki łagodzącej Joanna Sensual.


Suchy szampon Isana (kupiłam go wczoraj i na wyjeździe będę testować jego skuteczność), balsam do włosów suchych i zniszczonych Joanna z Apteczki Babuni, szampon do włosów suchych Alterra granat&aloes.


Chusteczki nawilżane Satessa (kupione w Aldim, niezawodne w podróży i na plaży), płatki kosmetyczne Carea, patyczki do uszu Dada, gąbka Donegal (nie lubię jej za bardzo, ale to najmniejsza gąbka jaką miałam).


Pędzel Hakuro H55 (klik), mąka ziemniaczana (jako puder), odżywka do rzęs Eveline (klik), tusz do rzęs Avon MistakeProof, korektor Miss Sporty, eyeliner Wibo, błyszczyk Oriflame Happy Glow, Carmex, atomizer do zapachów - przeleję sobie Dolce Gabbane 3 (klik) lub Daisy, próbki podkładów: Max Factor Face Infinity, Bourjois 23 perfect, Dior the new nude (być może któregoś dnia na wieczorną imprezę zdarzy mi się ich użyć).


Suszarka (niestety muszę podsuszać włosy), szczotka Detangle Brush (klik), twister do koka (klik), gumki.

Oczywiście o czymś musiałam zapomnieć! Biorę ze sobą obowiązkowo jeszcze: wkładki higieniczne, szczoteczkę do zębów, chusteczki, żel łagodzący Decubal oraz olejek waniliowy, który całkiem nieźle odstrasza komary.

Jeśli macie propozycje i rady dotyczące mojej kosmetyczki na wakacje to piszcie koniecznie w komentarzach! :)

Całuję,
Ewu ;)

niedziela, 28 lipca 2013

Projekt denko - lipiec '13.

Jak co miesiąc zapraszam na prezentację wyrzutków i ich krótki opis. Projekty denko to najdłuższe posty w moim wykonaniu - mam nadzieję, że mimo wszystko dotrwacie do końca.


Pod względem zużyć jestem z siebie zadowolona. Dajcie znać w komentarzach jak Wam poszło wykańczanie kosmetyków :)


Facelle, płyn do higieny intymnej - wielofunkcyjny, tani i dobry. Tutaj pełna recenzja. Na jego miejsce kupiłam płyn Intimea z Biedronki.
Ziaja, koze mleko, mleczko do ciała - mój ostatni ulubieniec. W zapasie już mam dwa kolejne opakowania. Produkt wydajny, dobrze nawilża, a dodatkowo jest wyposażony w wygodną pompkę. Poza tym przekonałam się do jego zapachu i.. nic dodać, nic ująć - po prostu cudo!
Joanna, Naturia, peeling myjący o zapachu pomarańczowym - akurat ten wariant zapachowy nie bardzo przypadł mi do gustu, ale na szczęście do wyboru mamy jeszcze kilka innych. W łazience już stoi kolejne opakowanie (wersja truskawkowa), a tutaj znajdziecie pełną recenzję produktu.
Isana, zmywacz do paznokci - bardzo, ale to bardzo go nie lubię. Ma negatywny wpływ na moją płytkę. Zastąpiłam go o wiele dla mnie lepszym zmywaczem BeBeauty - klik.


Alverde, olejek do włosów - lubię go (no, może poza zapachem), ale wg mnie daje takie same, a może nawet nieco gorsze, efekty jak olejek Babydream, bądź metoda kremowania włosów. Tutaj pisałam o nim osobną notkę. Na jego miejsce kupiłam wspomniany olejek Babydream fur Mama.
Isana, oliwkowy krem do rąk - dobry, ale szału nie ma. Pisałam na jego temat osobną recenzję, do której przeczytania serdecznie Was zapraszam - klik. Aktualnie zamieniłam go na krem Decubal.
Elmex, pasta do zębów - wspominałam o niej w ulubieńcach jakiś czas temu (klik) i zdania nie zmieniłam. Póki co zużywam zapasy, które miałam w domu, ale do Elmex na 100% wrócę!
Facelle, chusteczki do higieny intymnej - tutaj pełna recenzja.


Dada, płatki kosmetyczne dla niemowląt - świetne płatki o dużej powierzchni. Wspominałam o nich tutaj. Chciałabym odkupić kolejne opakowanie, ale niestety widzę je tylko w Biedronce wraz z zestawem patyczków do uszu, które niestety nie są mi potrzebne, bo mam ich aż za dużo w zapasie. Póki co używam płatków Carea.
Carea, płatki kosmetyczne - jedno opakowanie właśnie zużyłam, a kolejne już poszło w ruch. Co tu dużo mówić - tanie i dobre. Często występują na promocji w Biedronce, gdzie 3 opakowania po 120 płatków otrzymujemy za 5-6zł.
Perfecta, domowy pedicure - nie będę się rozwodzić na temat tego zestawu, ponieważ jakiś czas temu poświęciłam mu osobny post - klik.
Luksja, care pro, żel pod prysznic ze składnikami balsamu do ciała (próbka 8ml) - na temat tego produktu mogę powiedzieć tylko tyle, że ładnie pachnie, dobrze się pieni i nie nawilża (ale też nie wysusza). Niestety po zużyciu próbki nie zostałam skuszona na to, by zakupić pełnowymiarowe opakowanie.


Lirene, maseczka nawilżająca oraz Ziaja, maseczka oczyszczająca z glinką szarą - oby dwie spisują się u mnie niemalże tak samo. Twarz jest przyjemnie nawilżona i napięta. Poza tym zapach maski Lirene dużo bardziej przypadł mi do gustu. W łazience już czekają kolejne opakowania tych produktów.
Ccuk, puder do twarzy - miałam go już X lat i zapomniałam o jego istnieniu. Produkt zestarzał się, więc leci do kosza. Był przeciętny i na pewno go nie odkupię. Na jego miejsce wkroczyła zwykła mąka ziemniaczana.
Avon, calming effects, podkład nawilżająco-rozświetlający - mój ogromny ulubieniec ostatnich miesięcy! Bardzo ubolewam, że już się skończył, bo teraz muszę zużyć wszystkie zalegające mi podkłady, które niekoniecznie lubię. Tutaj pisałam o nim pełną recenzję.


Lakiery do paznokci: Golden Rose, pretty color 123 ; Miss Delia 3 ; Inglot (bez numerka) - podczas porządków w lakierach zobaczyłam, że kilka sztuk totalnie zaschło i zestarzało się. Nie pozostało mi nic innego jak się z nimi pożegnać na dobre, bowiem nie planuję odkupienia żadnej z tych sztuk.

Pozdrawiam,
Ewu ;)

wtorek, 23 lipca 2013

Zakupy nie tylko kosmetyczne - Rossmann, Biedronka.

Miałam nie pokazywać moich wczorajszych skromnych zakupów, ale ze statystyk wynika, że to właśnie te posty cieszą się największym zainteresowaniem. Pokazuję więc wszystko, co udało mi się zdobyć (oczywiście zapomniałam o żelu do higieny intymnej Intimea - klik).


W Rossmannie było krótko, zwięźle i na temat. Zawsze robię listę zakupów i idę tylko po te rzeczy, których potrzebuję, udając że nie widzę żadnych innych kosmetyków. Tym sposobem nie spędzam w drogerii za dużo czasu, a i mój portfel nie za bardzo schudnie ;)
*Rękawica peelingująca For Your Beauty - leniuch ze mnie, jeżeli chodzi o regularne wykonywanie peelingów, dlatego takie rozwiązanie jest dla mnie strzałem w 10! Oczywiście tak, czy siak raz w tygodniu będę wykonywać tradycyjny peeling.
*Ziaja, naturalny krem oliwkowy do cery suchej i normalnej - mój hit, o którym pisałam tutaj.
*SunOzon, samoopalacz w sprayu - naczytałam się o nim dużo pozytywnych recenzji, więc postanowiłam spróbować. Aktualnie jestem trochę opalona, ale chciałabym nieco mocniejszego efektu.
*Alterra, szampon do włosów suchych i zniszczonych z granatem - miałam maskę z tej serii (klik do recenzji) i byłam nią zachwycona. Dzisiaj pierwszy raz umyłam włosy szamponem Alterra i jestem zadowolona, zobaczymy jak będzie spisywał się dalej.
*Babydream fur mama, oliwka pielęgnująca - kupiłam z myślą o olejowaniu włosów (jestem po pierwszym nocnym seansie i efekty super!). Myślę, że będę nią również smarować działo, aby zapobiegać rozstępom, których niestety mam co raz więcej :<
*Pokrowiec na ciuchy (Biedronka) - prezent od rodziców. Potrzebuję tego pokrowca do nowej szkoły :)
*Green Hills, herbata gruszka&karmel (Biedronka) - piękny zapach, jednak smak nie do końca mi pasuje. 

Ewu ;)

piątek, 19 lipca 2013

Ochrona przeciwsłoneczna - Iwostin wodoodporna emulsja spf 30.

O tym, że ochrona przeciwsłoneczna jest szalenie ważna wie już chyba każda z Nas. Póki co panuje wielki BUM na kremy z filtrem La-Roche Posay i Vichy, jednak ja przetestowałam inny produkt, ponieważ taki właśnie miałam w domu. Jest on na pewno tańszy, niż dwa wcześniej wymienione filtry.


Wodoodporna emulsja Iwostin ma białe zabarwienie i lekką konsystencję. Szybko wchłania się w skórę nie pozostawiając tłustego filmu. Z powodzeniem używam tego produktu zarówno na ciało jak i na twarz - nie zauważyłam zapchania porów, nadmiernego świecenia, czy też jakiegokolwiek wpływu na makijaż. 


Produkt zamknięty jest w buteleczce z atomizerem, dzięki któremu szybko i łatwo rozpylimy produkt. Konsystencja biała, lejąca (nie bieli twarzy, czy też skóry na ciele). Zapach oceniłabym jako typowy dla kosmetyków 'bezzapachowych', czyli nic nadzwyczajnie przyjemnego, ale przecież nie o to tu chodzi. Ochrona jaką zapewnia mi Iwostin jest jak najbardziej w porządku i na co dzień do miasta wystarcza mi w sam raz. Faktycznie produkt jest wodoodporny, jednak ja na wszelki wypadek po każdym wyjściu z morza/jeziora/basenu i tak ponawiam jego aplikację (to, że jest wodoodporny zbadałam na własnym ciele, także wiem, co piszę :)).

Filtr Iwostin nie uczulił mnie, a dostać możecie go najprawdopodobniej w aptekach. Koszt to około 20zł.
Za dobrą ochronę i świetną wydajność mianuję ten kosmetyk moim letnim ulubieńcem :)

***
Dla przypomnienia wrzucam zdjęcie, które na pewno dobrze znacie. Znajduje się na nim kierowca ciężarówki, który przez wiele lat tylko jedną stroną twarzy był narażony na wpadające przez szybę promienie słoneczne. Różnica jest ogromna!!

źródło zdjęcia


Pozdrawiam,
Ewu ;)

środa, 17 lipca 2013

Czy warto kupić pędzle W7?

Jak pewnie wiecie jakiś czas temu można było dorwać w Pepco pędzle do makijażu firmy W7. Nie mogłam nie skorzystać z tej okazji, szczególnie że każda sztuka kosztowała grosze. Czy było warto? Zapraszam do krótkiej recenzji.


Wybrałam sobie dwie sztuki: pędzelek kulkę (Eye Shadow Brush 04 ; wg producenta jest to pędzel do wykonania precyzyjnego makijażu ust -.-') oraz skośny do eyelinera (Angled Eye Shadow Brush, bez numerka).


Pierwsze, co od razu bardzo mi się spodobało to stosunkowo krótka długość rączek - o wiele wygodniej używa mi się pędzli o takiej długości, niż np. tych z Hakuro. Ponad to drewniane wstawki wyglądają na prawdę ciekawie i dzięki nim pędzle W7 wyróżniają się na tle całej mojej kolekcji. Kolejna kwestia dotyczy włosia - szalenie miłe i wystarczająco miękkie. Poza tym włosie nie wypada i nie odkształca się oraz jest łatwe do doprania. Oby dwa pędzelki są na prawdę precyzyjne - kulki używam do nakładania cieni w załamanie, bądź rozcierania kreski na dolnej powiece, natomiast skośnym podkreślam górną linię rzęs. Jestem z nich szalenie zadowolona i trochę żałuję, że nie kupiłam jeszcze chociaż jednej mniejszej kulki. Mam nadzieję, że z upływem czasu pędzle nie zaczną płatać figli - póki co wróżę im długi żywot na mojej toaletce.

Jeżeli macie gdziekolwiek okazję dorwać jeszcze te pędzle to lećcie czym prędzej! Każda sztuka kosztowała mnie całe 4,99zł, więc to kolejny aspekt, dla którego warto dać szansę W7.

Przy okazji pozdrawiam Monię z bloga RacjaPielęgnacja, od której dowiedziałam się, że te pędzelki są dostępne w Pepco - inaczej pewnie wcale bym ich nie dorwała :)

Buźka,
Ewu ;)

środa, 10 lipca 2013

Tańsza alternatywa dla Aqua Brow z MakeUpForEver?

Być może zostanę zlinczowana za ten post, ale mówi się trudno :) Jakiś czas temu na YT zapanował szał na Aqua Brow z MUFE - chyba wszyscy chcieli spróbować tego cuda. Ja jednak miałam opory, bowiem produkt nie należy do najtańszych (ok 100zł). Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Co prawda nie przeczytacie / zobaczycie tu nic odkrywczego, ale być może osoby, które nie mogą sobie pozwolić na duży wydatek (jeżeli chodzi o produkt do podkreślania brwi) skorzystają z mojej propozycji.


Na sposób ten wpadłam w okolicach godziny 23 i wprost nie mogłam wyczekać do rana. Wzięłam mój żel do brwi z Wibo (tutaj pisałam jego pełną recenzję), skośny pędzelek Essence i przystąpiłam do pracy. Szczoteczką celowo wydobyłam z tubki dużo żelu i zaaplikowałam go na wierzch dłoni. Następnie wytaplałam w nim pędzelek i zaczęłam malowanie (wszystko robiłam dokładnie tak jak Maxineczka w swoim ostatnim filmiku - klik).


Efektami byłam szalenie zachwycona! Do tej pory podkreślałam brwi cieniem z palety Sleek OSS, a później jedynie utrwalałam żelem Wibo (chociaż ostatnio częściej lakierem do włosów, którym spryskiwałam tradycyjną spiralkę i przeczesywałam brwi - efekty super!) i dołączoną do niego ogromną, niepraktyczną szczoteczką. Wystarczyło jedynie zamienić narzędzie, którym aplikujemy produkt i wszystko od razu było prostsze oraz lepiej wyglądało. Pędzelkiem Essence bez problemu mogłam dorysować pojedyncze włoski i nadać naturalny wygląd moim brwiom. Ponad to żel z Wibo dużo lepiej utrwala brwi, kiedy nałożymy go właśnie w taki sposób, a nie szczoteczką do niego dołączoną.


Efekty przed i po możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Przy okazji wybaczcie mi kilka niewyrwanych włosków i sfatygowany makijaż, ale tak jak wspominałam wcześniej za całą akcję zabrałam się w okolicy godziny 23 (mój tata chyba uznał mnie za wariatkę ;)).

Dodatkowo zaznaczę, że makijaż brwi trzyma mi się cały dzień, a produkty Wibo + Essence razem wzięte kosztują mniej niż 20 zł. 

Nie jest to porównanie z Aqua Brow MUFE, ponieważ tego produktu zwyczajnie nie było dane mi używać. Chciałam jedynie pokazać Wam mój sposób i tańszą alternatywę. Póki co to przy niej pozostanę, a jak będę miała nagły przypływ gotówki to być może wypróbuję Aqua Brow. :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Ewu ;)

niedziela, 7 lipca 2013

Dwa makijaże: sesja z Oriną + trochę mnie.

Dawno nie było makijaży, więc dzisiaj przygotowałam dla Was 2 w 1. Pierwszy make-up wykonałam do sesji Oriny. Postawiłyśmy głównie na turkus, nic szczególnego na oku się nie działo :) Sesja wyszła w deszczu, także kolorystycznie udało się wpasować. Swoją drogą - dawno nie zmarzłam tak w plenerze!


Jak zawsze wrzucam kilka zdjęć z sesji i zapraszam Was na więcej na fanpage'a Marty, która je wykonała.
www.facebook.com/FotografiaMartaCieplucha



Drugi makijaż wykonałam na sobie - jest to jedna z moich "koktajlowych" propozycji. Zdjęcia przerabiała mi wyżej wspomniana Marta, więc mam nadzieje, że trochę lepiej oddadzą rzeczywiste kolory. Cały makijaż wykonałam cieniami z paletki Sleek Ultra Mattes Brights.


Pozdrawiam,
Ewu ;)

sobota, 6 lipca 2013

Naturalnie długie rzęsy - zalety i wady.

Pewnie sporo osób czytających tytuł posta popuka się w głowie i pomyśli "co za wariatka napisała, że długie rzęsy mają wady" - całkowicie zdaję sobie z tego sprawę. Nie mniej jednak na co dzień spotyka mnie na prawdę sporo pytań, pochwał, ale i zarzutów oraz obraźliwych komentarzy co do moich rzęs. Nie każdy bowiem wierzy mi, że to co mam na oczach jest w stu procentach moje i naturalne, ale szczerze powiedziawszy nie mam parcia, by komukolwiek to udowadniać. Wychodzę z założenia, że niech ludzie sobie myślą, co chcą, a ja i tak wiem swoje.

Dla tych, którzy nie znają mnie osobiście, bądź którzy nie widzieli moich zdjęć wrzucam zbliżenia na rzęsy. Tutaj są akurat umalowane odżywką Eveline oraz jedną warstwą tuszu Eveline Volumix Fiberlast.


Krótko Wam je scharakteryzuję:długie (nie spodziewaliście się, że to napiszę, co? ;)), naturalnie podkręcone, dość gęste, mocne (nie mają tendencji do nadmiernego wypadania, jedynie co jakiś czas 'uronię' jedną rzęskę podczas demakijażu) i zarazem bardzo, bardzo jasne (określiłabym je jako siwy blond) nad czym szalenie ubolewam - no bo przecież, gdyby były ciemne to wcale nie musiałabym ich malować (przy okazji wtrącę, że niedawno robiłam hennę i fotorelację zabiegu, także może pojawi się post na ten temat).

Zalety:
- po prostu to, że są naturalne i nie muszę ich w żaden sposób ulepszać - doklejać, przedłużać, bądź wydawać fortuny na odżywki typu RevilaLash,
- wzbudzają podziw u innych (moim największym, a może i jedynym, atutem są właśnie duże oczy z 'wypasioną' oprawą),
-  niewiele potrzeba im do szczęścia - w zasadzie każdy tusz działa tak samo dobrze, czy to taki za 5 zł, czy za 200 (pomijając oczywiście buble-sklejacze),
- zapewniają niebanalne, kocie spojrzenie i dodają uroku (choć wiele osób słowo urok zamieniłoby na sztuczność).

Wady:
- są na tyle długie i dobrze podkręcone, że ciężko namalować mi kreskę na górnej powiecie, ponieważ nie widzę dobrze linii rzęs. W związku z tym muszę dość mocno naciągać powiekę, aby kreskę zrobić precyzyjnie, a to nie jest dobre dla delikatnej skóry wokół oczu,
- często się plączą - jedna wchodzi na druga, trzecia pod czwartą itd.
- sporo ludzi przygląda się badawczym wzrokiem w celu oceny "czy to sztuczne, czy prawdziwe" - na dłuższą metę bywa to uciążliwe, a czasem nawet porządnie wkurzające jak ktoś nie umie być dyskretny i gapi się na mnie jak ciele w malowane wrota albo co lepsze - perfidnie obgaduje ze swoim towarzyszem, grr!,
- obelgi, niemiłe komentarze - tak jak pisałam na początku są ludzie, którzy nie wierzą, że moje rzęsy są naturalne i często mnie z tego powodu obrażają (do tej pory pamiętam moją klientkę z Sephory, która rzuciła do mnie tekstem, 'żebym nie kłamała i nie robiła żywej reklamy tuszu *efekt sztucznych rzęs* z naszej perfumerii, bo  to płytkie i nie w porządku', oczywiście wszystko powiedziała wystarczająco głośno, aby narobić mi wstydu),
- dolne rzęsy trzeba na prawdę umiejętnie tuszować - są bardzo długie, nieumalowane wyglądają okropnie, natomiast umalowane w sposób niewłaściwy dają niemalże efekt twiggy (łatwo się plączą i sklejają), który na co dzień na pewno się nie nadaje,
- MNÓSTWO zadawanych pytań o tej samej treści "to Twoje naturalne?", "jak o nie dbasz?", "jakiego tuszu używasz?". Oczywiście nie każdy czyta mojego bloga i zna mnie na tyle dobrze, by to wszystko wiedzieć, ale na dłuższą metę jest to na prawdę męczące i monotonne,
- za czasów szkolnych niesłuszne i bezpodstawne uwagi nauczycieli o tym, że wymalowałam się do szkoły - bo niby długie, podkręcone, ale JASNE to na bank zasługa super tuszu? Pamiętam najlepszą na świecie nauczycielkę-terrorystę od niemieckiego (w gimnazjum) - najpierw twierdziła, że się maluję, a przecież nie mogę w tak młodym wieku i do szkoły, a potem rzuciła tekst "Ewka, co Ty wysmarowałaś się samoopalaczem?" - moja odpowiedź była krótka "Nie, piję Leona" (ze względu na dużą zawartość karotenu w tym soku i hektolitry wypijane przeze mnie skóra na twarzy i dłoniach nabrała pomarańczowego koloru :),
- rzęsy 'zahaczają' mi o prawie wszystkie okulary przeciwsłoneczne
- niemiłosiernie mnie to denerwuje, a ochrona oczu to przecież rzecz konieczna..

Dla sprostowania: UWIELBIAM swoje rzęsy i bardzo się cieszę, że są takie, jakie są! Problemy z nimi związane to w zasadzie kwestia przyzwyczajenia, a zalety wszystko mi rekompensują. Post napisałam specjalnie dla osób, które są przekonane, że naturalnie długie rzęsy nie mają żadnych wad.

Mam nadzieję, że moja gadanina Was nie zanudziła - sama nie pamiętam, kiedy pisałam tu trochę bardziej "prywatnie". 

Pozdrawiam,
Ewu ;)

piątek, 5 lipca 2013

NOTD: bordo od Cosmo (K58).

Ten bordowy lakier mam w swoich zbiorach już na prawdę długi czas - pamiętam, że wygrałam go w którymś z blogowych rozdań. Firma Cosmo jest mi całkiem obca, ale z chęcią przetestowałam zawartość niewielkiej, zgrabnej buteleczki.


Na pierwszy rzut oka lakier prezentuje się na paznokciach przyzwoicie - kobieco, klasycznie, elegancko.. Jednak jego aplikacja pozostawia wiele do życzenia. Mimo ciemnego koloru konieczne jest nałożenie 3 cieńszych lub dwóch grubszych warstw. Głównym powodem jest niemiłosierne smużenie oraz spora ilość prześwitów. Pędzelek jest moim zdaniem kiepsko wyprofilowany, a co za tym idzie - niewygodny w używaniu. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć (mam nadzieje, że to dostrzeżecie) zbliżenie na jeden z paznokci, gdzie widoczne są smugi od ruchów pędzlem (widoczne jaśniejsze i ciemniejsze paski kolorystyczne..). Niestety problem pojawia się na prawie każdym z dziesięciu moich palców.


Osobiście zdaje mi się, że konsystencja lakieru jest ciut za gęsta, ale być może ma na to wpływ długie nieużywanie produktu (pamiętam, że miałam go na paznokciach 2 razy)  i jego zestarzenie się. 

Lakieru nie wyrzucę, bowiem sprawdzi się on idealnie do robienia np. kropek przy pomocy sondy lub innych zdobień.

Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 4 lipca 2013

Gładkie stopy na lato z Perfectą!

Przed sezonem letnim sporo z Nas stara się przywrócić idealny wygląd stopom, które przez kilka następnych miesięcy z dumą chcemy prezentować w sandałkach, czy klapkach. Ja osobiście ze swoimi nie mam kłopotu i przez cały rok staram się o nie jak najlepiej dbać. Mimo wszystko małe domowe SPA przyda się każdemu, a idealny pedicure potrafi nacieszyć oczy.


Jakiś czas temu dostałam od SexiChic zestaw Perfecta - domowy pedicure. Od razu zabrałam się za testy (zdjęcia zalegają mi na komputerze już kilka dobrych tygodni) i śpieszę Wam krótko opowiedzieć o tym duecie. W jego skład wchodzi wulkaniczny peeling do stóp, zawierający pumeks ze skały wulkanicznej olejek bawełniany, ciekłą parafinę i alantoinę oraz maska-serum z kompleksem z arniką górską, ponownie ciekłą parafiną oraz alantoiną. Obydwa produkty mają wręcz takie same konsystencje (dość gęste) i zabarwienie.


Peeling posiada w sobie mnóstwo maleńkich i dość ostrych drobinek zdzierających. Efekt wygładzenia jest na prawdę rewelacyjny, a sam masaż produktem to ogromna przyjemność. Maska natomiast ze względu na swoją dość gęstą konsystencję długo się wchłania - najlepiej nałożyć grubą warstwę na noc. Jeżeli chodzi o końcowe podsumowanie działania tego duetu to śmiało mogę powiedzieć, że daje radę i spełnia moje oczekiwania. Stopy są gładkie i dobrze nawilżone, a efekt utrzymuje się około tygodnia (oczywiście ja codziennie ponawiam nawilżanie stóp zwykłym kremem). Jest to ciekawa alternatywa godna przetestowania. Śmiało mogę polecić zabranie takiego zestawu na jakiś wakacyjny wyjazd - po co tachać ze sobą osobną buteleczkę peelingu i kremu skoro można wziąć dwie lekkie saszetki. 

Zapach obydwu tych produktów łudząco przypomina mi peeling antycellulitowy Perfecta SPA pomarańcza&aromat wanilii, o którym pisałam Wam nieco więcej tutaj. Oczywiście fakt ten uznaję za duży plus! :) Na koniec dodam jeszcze, że zarówno peeling jak i maseczka starczyły mi na dwa użycia, a wcale ich nie oszczędzałam. Pojemność każdej saszetki wynosiła po 6ml.

Skład peelingu: Aqua, Glycerin, Glyceryl Stearate, Steareth-25, Ceteth-20, Stearyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, Polyurethane, Isopropyl Myristate, Dimethicone, Ammonium Acryloyldimethyltaurate / VP Copolymer, Pumice, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Allantoin, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Ethylparaben, Methylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Eugenol, Cinnamal, Linalool, D-Limonene, Parfum.

Skład maski: Aqua, Paraffinum Liquidum, Isopropyl Myristate, Propylene Glycol, Hydroxyethylurea, Panthenol, Rosmarinus Officinalis, Arctium Lappa, Ruscus Aculeatus, Artemisia Abrotani, Hedera Helix, Urtica Dioica, Salicilic Acid, Tromethamine, Undecylenic Acid, Glycerin, Caprylic / Capric Trigliceride, Dimethicone, Cetearyl Alcohol, Arnica Montana Extract, Allantoin, Carbomer, Acrylates / C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Ethylparaben, Methylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Eugenol, Cinnamal, Linalool, D-Limonene, Parfum.

Dostępność: drogerie stacjonarne
Cena: ok 2 zł

Pozdrawiam,
Ewu ;) 

środa, 3 lipca 2013

NOTD: Wibo, Extreme Nails nr 400

Lakiery Wibo bardzo lubię - są tanie, a ich jakość jest zadowalająca. Ten, który pokażę Wam dzisiaj pochodzi z serii Extreme Nails i mianuję go na mojego nowego ulubieńca :)


Lakier nie sprawiał kłopotów podczas aplikacji, na co duży wpływ miał w miarę wygodny pędzelek (płaski w klasycznym kształcie). Nie odnotowałam smużenia, bądź bąbelkowania. Produkt wymaga nałożenia dwóch, a nawet trzech warstw (ja na zdjęciach mam dwie). Biała, półtransparentna baza mieni się na kolory różu i fioletu, co niesamowicie mi się spodobało! Efekt końcowy prezentuje się na prawdę elegancko i moim zdaniem nada się na wyjścia typu rozmowa kwalifikacyjna, egzamin (tak żeby odejść trochę od frencha i klasycznych czerwieni). Trwałość oceniam dobrze - lakier wytrzymuje u mnie około 3-4 dni w stanie nienaruszonym (chyba, że wykonuję czynności takie jak skrobanie, podważanie itp.)


Nr 400 z linii Extreme Nails urzekł mnie też tym, że nie tworzy efektu korektora, a co za tym idzie - paznokcie z daleka wyglądają w zasadzie jak nieumalowane, a jedynie zdrowe i zadbane (widzę tu jakieś podobieństwo z Rimmel Whitening - tylko co do efektu wizualnego). Po użyciu wysuszacza Sally Hansen Dry Kwik dwie warstwy lakieru wyschły błyskawicznie.

A Wam podoba się ten odcień?

                                                                                          Pozdrawiam,
                                                                                                  Ewu ;)

wtorek, 2 lipca 2013

Kok na twistera - krok po kroku.

Zapraszam Was dzisiaj na drugi w historii mojego bloga post fryzurowy (w pierwszym pokazywałam Wam fale po dwóch dobieranych warkoczach - klik). Kiedy pojawiła się moda na koki to nie mogłam się oprzeć - próbowałam każdej metody, ale z racji na moje problematyczne włosy taka fryzura była prawdziwym wyzwaniem. Krótko mówiąc - szybko się poddałam. Los chciał, że przy okazji grudniowej akcji w byłej pracy musiałyśmy z koleżankami nosić takie same fryzury i padło właśnie na koki na twistera. Jest to chyba najprostsza metoda i nawet taki antytalent jak ja radzi sobie całkiem nieźle.


Twistera można dostać w wielu sklepach z akcesoriami do włosów oraz na allegro - koszt takiego gadżetu to około 2 zł. Dostępne są dwa rozmiary w zależności od długości włosów. Przejdźmy do sedna, czyli krótkiej instrukcji krok po kroku - przekonacie się, że ta metoda jest na prawdę banalna i ekspresowa w wykonaniu.


Od lewej:
1 - Robimy kucyka na wybranej wysokości w zależności od tego, gdzie chcemy mieć koka.
2 - Przez dziurkę w twisterze przekładamy włosy aż do samej gumki
3,4 - Zaczynamy zwijanie włosów od końcówek do nasady kucyka


5,6 - kiedy doszliśmy do gumki zawijamy wokół niej twistera
7 - ewentualne widoczne elementy zakrywamy dobrze włosami
8 - gotowe!

Prawda, że prosto, tanio i przyjemnie?
Wiem też, że sporo z Was praktykuje metodę na skarpetę - u mnie jednak nie jest to tak łatwe i zazwyczaj muszę prosić kogoś o pomoc. Taki już urok moich włosów.

Pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Kolekcja kosmetyków - kiedyś, a dziś (po dwóch latach blogowania).

Zawsze dostawałam od znajomych i osób, którym wykonywałam makijaż pytania: Ile Ty masz tych kosmetyków? No i cóż, wbrew pozorom nie ma ich wcale tak wiele (chociaż osoby niezwiązane z makijażem, bądź używające na co dzień jedynie tuszu do rzęs i błyszczyka stwierdzą, że mam w domu mini-drogerię). Zapraszam do szybkiego przeglądu moich zbiorów!


Zdjęcie powyżej pokazuje mój zestaw kosmetyczny (nie biorąc pod uwagę pielęgnacji, której zawsze miałam dużo), który towarzyszył mi podczas pierwszych makijaży. Na co dzień zaczęłam malować się pod koniec gimnazjum i jedyne czego używałam to puder (wtedy był to Miss Sporty), tusz do rzęs (Manhattan lub Maybelline The Colosal Volum' Express), korektor (niestety nie pamiętam jaki to był) i od czasu do czasu lekko barwiony błyszczyk (chociaż miałam też jakieś cienie, ale sporadycznie po nie sięgałam). Taki stan nie mógł potrwać zbyt długo - założyłam bloga, wkręciłam się w urodowe filmiki na youtube i potem było już tylko gorzej :)

Podkładów i pudrów chyba nigdy za wiele, za to śmiało mogę przyznać, że cieni mam stanowczo za dużo (licząc pojedynczo wyszło mi 147 sztuk). Eyelinerów i kredek ciągle mi brakuje, ale powoli kompletuję wszystkie potrzebne mi kolory. Tusze do rzęs to mój absolutny must-have - zużywam je w ilościach hurtowych!


Do szminek przekonałam się dopiero pod koniec roku 2012, dlatego w tej kategorii moje zbiory są na prawdę niewielkie. Mimo wszystko póki co więcej nie kupuję, bo zwyczajnie nie potrzebuję. Grona błyszczyków i balsamów również nie mam zamiaru powiększać.


Natomiast lakiery do paznokci mogłabym kupować za każdym razem, kiedy wchodzę do drogerii - no bo przecież zawsze znajdzie się kolor, który przypadnie mi do gustu, a którego wcale nie posiadam. :) Póki co lakierowe zakupy ogranicza jedynie moja półka, która już ledwo mieści wszystkie kolorowe buteleczki.


Jako "bonus" pokażę jeszcze pędzle. Kiedyś miałam jedynie pacynkę oraz pędzel do pudru, który zresztą podkradałam mamie. Obecnie ich grono bardzo się powiększyło, ale z przykrością stwierdzam, że ciągle mi mało. Sporo pędzelków pochodzi z zestawu no-name, jednak mam też trochę firmowych sztuk. Na dzień dzisiejszy wiem, że Hakuro i Inglot robią szał i to nimi chciałabym skompletować idealną pędzlową kolekcję.

To jak przechowuję swoje kosmetyki kolorowe możecie zobaczyć w poście DIY - TOALETKA.

Buźka,
Ewu ;)