środa, 28 stycznia 2015

Malibu, czyli krem z filtrem SPF 30

Pamiętacie o kremach z filtrami także podczas zimy? To bardzo ważny krok w codziennej pielęgnacji, ale przede wszystkim główna ochrona przed zmarszczkami powstałymi na skutek fotostarzenia skóry. Nawilżanie to nie wszystko! Warto również zauważyć, że jednym szkodliwym działaniem promieni słonecznych (najbardziej niebezpieczne to UVA) nie jest fotostarzenie. Skutki nadmiernego działania słońca mogą być dużo poważniejsze np. predysponują do powstawania nowotworów skóry. 


Kremów z filtrami przetestowałam całkiem sporo, ale póki co zatrzymałam się na produkcie smakowitej firmy - Malibu. Krem dorwałam będąc w Anglii na przecenie, postanowiłam więc spróbować. Uwierzcie mi, że lato 2014 porządnie dało mi w kość - temperatury w UK były bezlitosne i chyba nikt się takich nie spodziewał. Ciężko znoszę takie klimaty, więc nie dość, że moje samopoczucie było kiepskie to jeszcze skóra wystawiona na upał wołała o pomoc. Krem z wysokim filtrem okazał się niezbędny (nie wystarczyło już SPF10 w kremie do stosowania w "deszczowej i pochmurnej Anglii"). Produkt zamknięty jest w zgrabnej, 40ml buteleczce, a jego zapach do złudzenia przypomina mój ulubiony kokosowy drink, czyli malibu. Chroni on zarówno przed promieniam UVA oraz UVB, a naturalnym filtrem w jego składzie jest dwutlenek tytanu (bieli skórę, by odbić światło). Na szczęście po zastosowaniu kremu moja cera wyglądała normalnie, a nie jak mąka. Nie została także uczulona ani zapchana.


Konsystencja kosmetyku jest dość lejąca, ale mały otworek w buteleczce znacznie ułatwia sprawę. Oczywiście należy pamiętać, że takiego specyfiku nie należy sobie żałować. Dla porządnej ochrony należy nałożyć dość sporą warstwę kremu z filtrem - inaczej może on wcale nie zadziałać. Kosmetyk malibu stosowałam niejednokrotnie pod makijaż i nie wpływał on na jego jakość oraz utrzymywanie. Z początku zrzucałam na krem okropne świecenie się mojej cery - potem jednak zrozumiałam, że jest to skutek wysokiej temperatury i pocenia skóry. Nie mniej jednak kosmetyk ochronił mnie w 100% i wróciłam bladziutka! Uwierzcie mi, że jestem mu za to bardzo wdzięczna. Po każdej wycieczce w UK (a w ciągu 2 miesięcy było ich całkiem dużo) bałam się, że wrócę ze spalonym nosem i polikami, ale coś takiego nigdy nie miało miejsca. Mimo, że kosmetyk ma taki sobie skład i jest naładowanymi wszechobecnymi parabenami, których wszyscy się boją, to mogę go szczerze polecić. Cena regularna ze strony producenta to 2,49 GBP. Kosmetyki malibu możecie dorwać właśnie tam, bądź na ebay.

Dodam jeszcze, że produkt ten całkiem długo się wchłania. Konieczna zatem jest chwila cierpliwości, ale chyba warto poczekać :) Dla przypomienia wrzucam Wam osławione w internecie zdjęcie, które obrazuje negatywne działanie promieni słonecznych na przykładzie kierowcy ciężarówki. Chyba nie muszę tłumaczyć co, jak i dlaczego. Niech to zdjęcie zapadnie Wam w pamięc i motywuje do codziennego stosowania kremów z filtrem! :)


Buziaki,
Ewu ;)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Melon i gruszka, czyli żel pod prysznic z drobinkami olejku Isana

Relaksujące kąpiele lubi chyba każda z Nas. Niestety nie zawsze mamy czas, aby spędzić dłuższą chwilę wylegując się w wannie oraz aby nawilżać skórę przeróżnymi kosmetykami po wyjściu z wody. Dzisiaj przedstawię Wam produkt, który wydaje się być pomocny w tej kwestii.. :) 


Żel zamknięty jest w 300ml miękkiej, przezroczystej butelce. Koszt tego produktu to około 3-4 zł, ale często bywają promocje. Wybór zapachów jest na prawdę ogromny - ja za każdym razem mam kłopot by się zdecydować. No, ale padło (już po raz drugi) na wersję z olejkiem o zapachu melona i gruszki. Może ten aromat średnio wpasowuje się w obecną pogodę za oknem (dzisiaj Łódź zasypało śniegiem :)), ale już niejednokrotnie pisałam, że nie utożsamiam zapachów kosmetyków oraz perfum z porą roku. Melon i gruszka są w moim odczuciu bardzo przyjemne, orzeźwiające i wcale nie chemiczne - za to lubię firmę Isana. Produkt dobrze się pieni (ja zawsze używam gąbki - kwiat), a piana którą tworzy jest nieco inna niż w przypadku tradycyjnych żeli. Sprawia wrażenie bardziej miękkiej, tłustej, "zbitej", co osobiście uważam za znacznie lepsze! Z pewnością wpływ na to ma olejek zawarty w składzie. Działanie jest jak najbardziej okej. Żel dobrze myje skórę, odświeża, nie podrażnia, a zarazem nie pozostawia uczucia suchości. Nie raz po użyciu produktu Isana odpuściłam sobie balsamowania ciała i problemu nie było. W przypadku wielu innych kosmetyków pod prysznic moja skóra aż woła o nawilżenie. Cieszę się, że w tym przypadku tak nie jest. Jak widzicie jest to produkt i dla leniwych i dla zabieganych :) Ponad to dodam, że jego wydajność jest na prawdę świetna! Bardzo, bardzo polecam Wam przetestować te tanie i dobre żele - o ile jeszcze ktoś ich nie miał :)

PS - oczywiście muszę dodać, że moja skóra na ciele nie jest sucha. Jedynie na nogach mam niewielkie kłopoty na skutek depilacji. Stąd też produkt Isana jest dla mnie często wystarczający i nie muszę dodatkowo nawilżać ciała. Z pewnością nie sprawdzi się on u osób z większymi kłopotami odnośnie suchości skóry.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Acrylates Copolymer, Tocopheryl Acetate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Disodium EDTA, Benzophenone-4, PEG-40 Hydrogenated Castol Oil, Mannitol, Cellulose, Hydroxypropyl Methylcellulose, Sodium Chloride, Ethylhexylglycerin, Parfum, Phenoxyethanol, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Sodium Hydroxide, Citric ACID, CI 15985, CI 77492.

Buziaki,
Ewu ;)

sobota, 24 stycznia 2015

Trio do pielęgnacji twarzy - krem, peeling, maseczka od BeBeauty

Trio z Biedry do pielęgnacji twarzy chyba nie jest zbyt osławione w blogosferze. A ja zupełnie nie rozumiem dlaczego :) Zestaw dostałam w ramach upominku urodzinowego, także kosmetyków używam już prawie 2 miesiące i czas najwyższy coś na ich temat powiedzieć.


W skład zestawu wchodzą: krem nawilżający Aqua Refresh 24h na dzień i na noc, który zawiera aloes oraz ekstrakt z alg. Jego pojemność to 50ml, ale niestety jest mało wydajny ; peeling drobnoziarnisty oczyszczająco-wygładzający z wyciągiem z płatków róży i minerałami morskimi o pojemności 30ml ; oraz maseczka nawilżająca głęboko regenerująca z witaminami A,E,F,B6 oraz aloesem. Jej pojemność to także 30 ml.


*Krem zamknięty jest w solidnym, ciężkim, szklanym słoiczku, ma delikatne błękitne zabarwienie, jest lekki i nadaje się zarówno pod makijaż jak i na noc. Rano po prostu nakładam go mniej, a wieczorem wcale nie oszczędzam :) Kosmetyk pięknie, choć dość intensywnie, kwiatowo pachnie. Mi akurat to nie przeszkadza. Jestem bardzo zadowolona z tego kremu, ponieważ faktycznie mocno nawilża moją skórę, która sprawia wrażenie zdrowszej, a jednocześnie jest bardziej jędrna i miła w dotyku. Myślę, że dużą zasługę mają tu algi, które na moją cerę działają po prostu rewelacyjnie. . Tak jak wpsominałam wcześniej - używam go i na dzień i na noc wg zaleceń producenta. 

*Maseczka ma bardziej tłustą, białą konsystencję. Nakładam ją mniej więcej co 3-4 dni grubą warstwą, ale nie trzymam się zaleceń producenta i zmywam produkt po około 20 minutach letnią wodą (na opakowaniu znajdziecie informacje, aby nadmiar maski zetrzeć wacikiem - raz tak zrobiłam, ale do szału doprowadzała mnie tłusta, klejąca warstwa na twarzy). Uważam, że jest to najgorszy kosmetyk z całego trio, ale wcale nie zły. Komfort używania tej maseczki jest bardzo duży - nie musimy co chwile otwierać nowej saszetki, która starcza na 2-3 razy albo też bawić się w rozrabianie alg, czy glinek. Produkt mamy na gotowo i dla lenichów jest to świetne rozwiązanie. Fakt faktem - maska nawilża, ale mam wrażenię, że krem z tej serii nałożony grubą warstwą na 20 minut zadziałałby podobnie. Oczywiście bardzo ładnie pachnie, jak cała ta seria. Nieco bardziej lekko i świeżo w porównaniu z kremem.

*Peeling to mój faworyt z tej grupy! W błękitnym żelu zanużone są drobne, choć całkiem ostre, turkusowe drobinki. Raczej nie zrobicie sobie tym produktem krzywdy - używany na mokro działa bardzo dobrze mimo, że nie czuć mocnego zdzierania. Efekty są świetne - gładziutka, odświeżona, orzeźwiona cera. Miła w dotyku, napięta, niezbyt zaczerwieniona. Również ten kosmetyk pachnie super, chyba najładniej z całej linii - delikatnie, trochę świeżo, trochę różano. Jedyne do czego mogę się czepić to lejąca konsystencja - kosmetyk ten stoi na zakrętce, więc cała zawartość spływa w jej kierunku i zaraz po otwarciu musicie uważać, aby nie pobrudzić siebie i łazienki :) Kwestia przyzwyczajenia. Efekt gładkiej buzi utrzymuje się u mnie dłużej niż w przypadku peelingów Joanny, to lubię! :)

Żaden z produktów mnie nie zapchał, ani nie uczulił. Składy jak możecie się domyślać nie są interesujące. Nie będę ich nawet przepisywać, bo to jakaś niekończąca się historia... No, zależy kto co lubi. U mnie niestety nie zawsze sprawdzają się produktu naturalne. Nie mniej jednak z zestawu jestem bardzo zadowolona. Nigdy nie widziałam go w Biedronce, więc pewnie nie pojawia się zbyt często. Jedyna informacja jaką znalazłam to cena - 12,99 zł. 

Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 22 stycznia 2015

Soczysta malina, czyli masło do ust BeBeauty

Wśród świątecznych prezentów znalazłam pewne urocze maleństwo, a mianowicie masełko do ust BeBeauty o zapachu soczystej maliny. Mniam, mniam!


Bardzo zbite masełko jest zamknięte w zgrabnym, okrągłym opakowaniu. Niestety nie zawiera ono zbyt wielu informacji np. na temat pojemnośći. Termin ważności to 12 miesięcy od czasu otwarcia. 


Tak jak wspominałam produkt jest dość zbity, ale szybko rozgrzewa się pod wpływem opuszków i łatwo go zaaplikować. Kolor jaki widzicie w opakowaniu uzyskacie także na ustach, ale w nieco mniejszej intensywności - coś w rodzaju nawilżających pomadek Nivea. Mi bardzo się to podoba, jeśli nie chcę stawiać na mocno zaznaczone usta to taka opcja jest idealna. Zapach faktycznie malinowy, ale dość chemiczny. Troszeczkę denerwuje mnie opakowanie - ja wiem, że masełko to masełko, ale wkładanie paluchów do środka i pyłki, które przyklejają się do powierzchni produktu nieco mnie odstraszają. Soczystej maliny używam tylko w domowym zaciszu przy użyciu pędzelka. Oczywiście kosmetyk nie jest bardzo długotrwały, ale nie znika także po kilkunastu minutach. Co do efektu nawilżenia - na pewno jest, ale do samodzielnej kuracji nawilżającej bardzo suchych ust BeBeauty średnio się nada. Ponad to dodam, że masełko sprawia wrażenie na prawdę wydajnego kosmetyku. Kosztuje też niewiele - 4,99zł. 

Skład: polybuthene, hydrogenated polydecene, petrolatum, parafinum liquidum, cera microcristallina, silica dimethyl silylate, polyethylene, methylparaben, propylparaben, BHT, parfum, citronellol, linalool, benzyl alcohol, limonene, eygenol, CI 15850, CI 77891.

Buziaki, 
Ewu ;)

wtorek, 20 stycznia 2015

Uwaga bubel - Alterra, naturalny dezodorant z balsamem w kulce (melisa i szałwia)

Ehh, czy naturalne musi tak często oznaczać złe? Od pewnego czasu ta reguła ciągle się u mnie sprawdza.. Jak na złość! Nad dezodorantem bez aluminium zastanawiałam się już bardzo długo, ale wciąż pozostawałam przy Rexonie. Któregoś dnia pod wpływem chwili sięgnęłam po dezodorant z balsamem z firmy Alterra..


Pojemność produktu to 50ml, zapach bardzo przyjemny, świeży, cytrusowy. Opakowanie stanowi szklana buteleczka, dość ciężka, a jej zawartość to biały, mętny płyn (dezodorant + balsam). Niestety produkt wolno się wchłania, a w zasadzie mam wrażenie, że nawet po upływie kilku minut zostaje wytarty przez ciuchy (na szczęście nie zostawia plam i zacieków). Faktycznie na początku zapach jest przyjemny, odświeżający. Nie czuć również podrażnienia, nawet gdy aplikuję go po depilacji. Niestety rzekomy balsam waży się pod moimi pachami niedługo po alikacji. Tworzą się białe kreski, kawałki, które można ściągnąć palcami..


Produkt ani nie chroni przed poceniem się, ani też nie zabija zapachu potu. Niby sam w sobie deo-balsam pachnie intensywnie, ale po zmieszaniu z potem daje na prawdę okropne doznania zapachowe. Która z nas pozwoliłaby sobie na coś takiego? Ja jestem szczerze załamana.. Dawno nie trafiłam na takiego bubla, a dużych problemów z poceniem i tym okropnym zapachem nie mam. Wygląda na to, że Alterra dodatkowo wzmaga proces pocenia, jak to możliwe? Ostatnie 10 lat byłam wierna Rexonie, ale czasami sięgałam także po kulki Ziaji, czy Lady speed stick i żaden z tych produktów nie był tak koszmarny, a w zasadzie każdy był sto razy lepszy! Uwierzcie mi, że lepiej wychodzę na tym jak pod pachy nie użyję nic, niż jak zastosuję tego, w moim odczuciu, bubla. Jak na złość Alterra jest bardzo wydajna i chyba 3/4 mojego opakowania wyląduje w koszu. Plusem jest na pewno naturalny skład oraz niska cena (około 8 zł). Ale na nic te zalety... :-(

Przestrzegam i pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Likier czekoladowy do włosów, czyli maska regenerująca Kallos Chocolate

Bez masek do włosów moja pielęgnacja byłaby zupełnie nieudana. Skłonne do puszenia się, suche pasma wyglądają tragicznie bez "wspomagaczy". Cały czas testuję różne produkty, a 1,5 miesiąca temu skusiłam się na osławione maski Kallos. Dla siebie wybrałam wersję czekoladową.


Za litr produktu zapłaciłam 14,50 zł w drogerii Marysieńka. Wg producenta maska ma za zadanie intensywnie regenerować włosy suche i łamiące się. Po zastosowaniu pasma mają być lśniące, jedwabiste i łatwe w obsłudze. Powiem krótko: ze wszystkim mogę się zgodzić! Maskę nakładam zgodnie z instrukcją, czyli po umyciu włosów oraz ich delikatnym osuszeniu ręcznikiem na około 5 minut, a następnie spłukuję. Czekoladką pokrywam pasma mniej więcej od ucha w dół, inaczej może przeciążyć włosy przy skórze głowy. 


Konsystencja przypomina mi zwykłe odżywki, jest delikatna, łatwo się z nią współpracuje. Po aplikacji na włosy stają się one mięciutkie, ślizgie, miłe w dotyku, a po spłukaniu produktu efekt wcale nie znika :) I uwierzcie, że to nie zasługa silikonów, bo takowych w składzie Kallosa nie znajdziecie! Niestety produkt ten w moim przypadku nie ułatwia rozczesywania włosów, ale jeszcze nic nie podołało temu problemowi odkąd rozjaśniam czuprynę. Nie mniej jednak nie rozczesuję włosów na mokro, najpierw je suszę, a dopiero potem rozczesuję szczotką Tangle Teezer lub Detangle Brush (ma dłuższą rączkę, wiec łatwiej pracuje mi się na moich długich włosach). Następnie obowiązkowo nakładam na końcówki serum Marion, ponieważ wymagają one nieco więcej uwagi. Pasma po zastosowaniu maski czekoladowej Kallos faktycznie lśnią, dobrze się  z nimi pracuje oraz stają się gładkie, nawilżone i sprawiają wrażenie dużo zdrowszych, niż w jest to w rzeczywistości. Przyznam się szczerze, że maski używam przy prawie każdym myciu, czyli co 2-3 dni. Oczywiście planuję to zmienić, ale przez pierwszy miesiąc używania byłam wprost uzależniona od tego produktu i nie mogłam nie nałożyć go na włosy :) Na zakończenie muszę jeszcze wspomnieć, że czekoladka nie przyspiesza przetłuszczania włosów, a jej zapach utrzymuje się prawie do następnego mycia (testowałam maksylanie 3 dni). 

SkładAqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Propylene Glycol, Hydrogenated Polysobutebne, Parfum, Cyclopentasiloxane, Dimethiconli, Panthenol, Theobroma Cacao Extract, Hydrolyzed Ceratin, Hydrolyzed Milk Protein, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Metchylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone. 

Jestem szczerze zachwycona tym produktem! Oczywiście nie muszę mówić, że jest on szalenie wydajny i starczy Wam na dłuuugie miesiące :)

Pozdrawiam,
Ewu ;)

niedziela, 18 stycznia 2015

Isana MED, krem do rąk z 5,5% mocznikiem

Znaleźć idealny krem do rąk to - jak sie okazało - nie lada wyzwanie. Większość produktów, które posiadałam nawilżało moje dłonie tylko na chwilę, a w rezultacie było jeszcze gorzej niż przed aplikacją. Pozytywne recenzje skusiły mnie, aby wypróbować krem Isana MED z mocznikiem. Oto i on.. :)


Zgrabna tubka zawiera 100ml kremu. Jego koszt to niecałe 7zł, ale często pojawiają się promocje (ja np. kupiłam za 4,99zł). Nie zawiera barwników, ani parabenów i ma za zadanie obficie nawilżyć bardzo suchą i szorstką skórę. Od jakiegoś czasu tak właśnie prezentowały się moje dłonie - sezon grzewczy i niskie temperatury za oknem dały się we znaki. Ale, czy Isana podołała?


Aplikator wygodny, wydobywa dobrą ilość kremu. Konsystencja jest odpowiednia, nielejąca, ale też nie bardzo tempa i zbita. Produkt nawet szybko się wchłania i nie pozostawia na długo tłustego filmu. Moje ręce po prostu go piją.. Niestety zapach jest w moim odczuciu nieprzyjemny, a jak na złość dosyć długo go czuć. Jeśli chodzi o najważniejsze, czyli efekt to ja jestem zachwycona! Dawno nie miałam tak miękkich, nawilżonych dłoni :) Wystarczy, że zaaplikuję ten krem na noc i rano budzę się z miłą, gładką skórą. Aplikację powtarzam tylko wieczorami, sporadycznie w ciągu dnia (np. po użyciu detergentów) i to w zupełności mi wystarcza. Spójrzcie również na skład: na drugim miejscu mocznik, a ponad to gliceryna, masło shea, pantenol. Ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i z pewnością na długo nie zmienię tego kremu :) 

Skład: Aqua, Urea, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Dicaprylyl Ether,Butyrospermum Parkii Butter, Pentaerythrityl Distearate, Phenoxyethanol, Dimethicone, Panthenol, Sodium Lactate, Tocopheryl Acetate, Sodium Stearoyl Glutamate, Carbomer, Methylisothiazolinone, Lactic Acid, Sodium Hydroxide

PS - Z tego co mi wiadomo to Isana wypuściła także serię UREA do twarzy - krem na dzień i krem na noc. Dajcie znać, czy je miałyście. Jeśli są tak samo dobre jak krem do rąk to skuszę się na pewno! :)

Buziaki,
Ewu ;)

piątek, 16 stycznia 2015

Lawenda na paznokciach - Lovely Gloss Like Gel 128

Mój ukochany lakier lawendowy to My Secret 127 lavender, ale że lubię testować kosmetyki różnych firm to skusiłam się na produkt z serii Gloss Like Gel od Lovely. 


8 ml pojemności, zgrabna buteleczka i całkiem wygodny pędzelek. Kolor nieco przekłamany na zdjęciach powyżej w rzeczywistości jest paselowy, kremowy, bez żadnych drobinek. Określiłabym go jako domieszkę bieli i fioletu. Bardzo lubię takie kolory, dłonie wyglądają w nich subtelnie i schludnie. 

manicure: baza Eveline Diament, 3 warstwy lakieru Lovely GLG 128, top coat AlleTipsy

Aplikacja nie jest problematyczna, lakier ładnie kryje przy 2-3 warstwach. Dość szybko wysycha, ale ja i tak zawsze używam przyspieszacza z Sally Hansen Dry Kwik (klik klik). O dziwo produkt nie tworzy smug, a wykończenie faktycznie jest pełne blasku, nieco żelowe. Trwałość pozostawia wiele do życzenia, u mnie produkt wytrzymuje w stanie idealnym 2-3 dni, ale i 4 dzień na upartego da się przeżyć (oczywiście wszystko zależy od tego na jakie warunki są narażone wasze dłonie). Jest to trochę uciążliwe dla osób, które nie lubią tak często wykonywać manicure, samą mnie niekiedy to irytuje, ale z drugiej strony gdyby jakiś lakier trzymał się np. 10 dni to byłabym nim już znudzona (ciężko dogodzić kobiecie ;)). Koszt lakierów z serii Gloss Like Gel to około 7zł. Uważam, że za taką cenę cudów nie należy wymagać, ale i tak warto się skusić. Same przyznajcie, że kolor jest przepiękny :)

Pozdrawiam cieplutko,
Ewu ;)

środa, 14 stycznia 2015

MUA, sypki puder matujący - ideał, czy bubel?

Czy Wy też macie taki problem jak ja aby znaleźć puder idealny? Dajcie mi znać w komentarzach :)


W moje ręce wpadło trochę kosmetyków MUA w tym puder matujący sypki. Miałam w obec niego dość duże oczekiwania, ale niestety nie spełnił ich w 100, a nawet 90%. Opakowanie zawiera aż 15g pudru (przez 5,5 miesiąca zużyłam około 1/4) i nie sprawia problemów w użytkowaniu. Produkt ma dobry odcień z przewagą żółtych tonów. Nie podkreśla suchych skórek, zmarszczek i w zasadzie jest niewidoczny na skórze. Również nie zapchał mnie, ani nie uczulił. No, ale co z tym shine control? Powiem Wam szczerze, że kiepściutko. Owszem, puder MUA matuje, ale tylko na trochę. Po około 3h trzeba wykonać ponowną aplikację (a puder sypki raczej średnio nadaje się do noszenia w torebce..). Ja generalnie mam skórę mieszaną w kierunku do normalnej, a kosmetyk pod nazwą "matt perfect" jest raczej skierowany do osób z cerą tłustą... Jestem niemal pewna, że w ich przypadku efekt byłby zupełnie niezadowalający. Ja jak trochę świecę się przy nosie, czy na brodzie to nie panikuję - delikatny błysk zawsze mile widziany. Aczkolwiek posiadacze cer mocno przetłuszczających się oczekują raczej porządnego, wręcz płaskiego, matu. Tak więc, jeśli o moje potrzeby chodzi - jestem w stanie powiedzieć, że puder jest okej do codziennego użytku (zresztą mało który matowił mnie na dłużej). Nie mniej jednak powinien robić coś więcej, zgodnie z obietnicami producenta. Koszt to około 15 - 18 zł.

PS - dodam jeszcze, że ja produkt ten zawsze aplikuję pędzlem. Być może lepszy efekt matu uzyskałoby się puszkiem. 

Pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Perfecta SPA, jagodowa muffinka - odmładzające masło do ciała

Wyobrażacie sobie codzienną pielęgnację bez pachnących maseł do ciała? Ja absolutnie nie! Jakiś czas temu przypadkiem trafiłam na jagodową muffinkę i to bez kalorii! Koniecznie musicie jej spróbować...


Małsa Perfecta SPA są jednymi z moich ulubionych. Mają fajną, zbitą konsystencję, są niedrogie, pięknie pachną i dobrze działają na moją skórę. Wersja odmładzająca o zapachu jagodowej muffinki jest na prawdę obłędna! Zapachem przypomina mi jogurt pitny o smaku owoców leśnych, mniam! Absolutnie nie czuję w tym chemii, a to dość istotna kwestia. Dodatkowo produkt nie zawiera parabenów, ale został wzbogacony o olejek orzechowy, olejek arganowy, olejek sojowy i kwas hialuronowy. Uwaga: w składzie zawarta jest również parafina, która wiele osób zapycha.


Konsystencja masła jest zbita, budyniowo-maślana. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze i wchłania całkiem szybko (około 3 minut). Oczywiście nie zauważyłam obiecanego przez producenta efektu odmłodzenia, nie mniej jednak nawilżenie jest na prawdę okej. Z pewnością temu produktowi daleko do intensywnie odżywczego balsamu Decubal (klik klik) i raczej średnio sprawdzi się u osób z na prawdę mocno przesuszoną skórą, ale jeśli nie macie większych kłopotów to na pewno będziecie usatysfakcjonowani tak jak ja :) Dodatkowo po zastosowaniu jagodowej muffinki skóra jest gładka i wydaje się być napięta. Niestety zapach nie utrzymuje się zadowalająco długo, ale i tak nie jest źle :) Produkt dostaniecie w większości drogerii i marketów, a jego koszt to około 12-15 zł. 

Pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Co za blask, czyli rozświetlacz MakeUp Academy Iridescent Gold.

Do rozświetlacza przekonałam się całkiem niedawno - wszystko przez to, że długo zajęło mi znalezienie tego idealnego. Może MUA to nie MAC soft and gentle, ale póki co mi wystarcza i jestem z niego zadowolona.


Opakowanie proste, niestety słabej jakości (moja klapka już odpadła :() zawiera 7,5 g przepięknego, złotego, tłoczonego w uroczy wzór rozświetlacza. Mój odcień to iridescent gold i wydaje mi się, że będzie on pasował zarówno do blondynek jak i brunetek. Pigmentacja powala jakością - zresztą zobaczcie same na trzecim zdjęciu. Ponad do kosmetyk ma fajną, satynową konsystencję i łatwo zaaplikować go na twarz. Prezenuje się na niej bardzo naturalnie, daje efekt tafli. Trwałość jest okej, nie ma się czego doczepić. Poza tym niska cena około 15 zł i świetna wydajność. Jedyny problem stanowi dostępność produktu, ale jestem pewna, że możecie dorwać go gdzieś w internecie. 

Buziaki,
Ewu ;)

sobota, 3 stycznia 2015

Świetny i tani tusz do rzęs - Miss Sporty, Pump Up Booster Mascara Furious Volume

Spoadycznie inwestuję w tusze do rzęs z racji tego, że moje naturalne "firany" są długie, gęste i podkręcone, więc do szczęścia niewiele im potrzeba. Korzystając z promocji w Rossmannie 1+1 zaopatrzyłam się m.in. w maskarę Miss Sporty, której zadaniem jest zwiększenie objętości rzęs nawet 9-krotnie. Przyznam, że do produktu najbardziej skusiła mnie szczoteczka, która jest narysowana na opakowaniu (swoją drogą super rozwiązanie - może w końcu co niektóre kobiety opamiętają się z otwieraniem każdego tuszu).


Sam tusz ma 12 ml, zamknięty jest w bardzo pozytywnej różowej tubce i zawiera wprost rewelacyjną szczoteczkę. Jest ona silikonowa i płaska, co widzicie na załączonym zdjęciu. Dzięki niej idealnie wyczesuję swoje rzęsy, które są pięknie wydłużone, rozdzielone i pogrubione. Trochę skleja, ale wszystko da się rozpracować grzebyczkiem oraz ma skłonności do nabierania zbyt dużej ilości maskary. Poza tym tusz ma mocny, czarny kolor, jest bardzo trwały i nie osypuje się w ciągu dnia. Konsystencja nie jest ani za sucha, ani za mokra - po prostu idealna do nakładania na rzęsy. 


Efekt jak widzicie jest super, przynajmniej według mnie :)
Cena produktu to około 14 zł bez promocji. Bardzo polecam przetestować, ale na pewno nie dla osób z cienkimi, krótkimi rzęsami - podejrzewam, że szczoteczka będzie dla nich zbyt duża i po prostu niewygodna w aplikacji.

Buziaki,
Ewu ;)